Każdy rok pracy Fundacji jest inny, a okoliczność ta wynika z kondycji zdrowotnej, predyspozycji społecznej, sytuacji domowej oraz stanu ducha, czyli emocji, które w danym czasie mają ogromny wpływ na aktywność społeczną wolontariuszy działających w zespołach, ekipach oraz grupach tematyczno-zadaniowych.
Fundacja jest tworem, który ma za cel nie tylko działanie zmierzające do zmiany jakości losu zwierząt. Generalnie wszystkie organizacje prozwierzęce przyciągają osoby o podwyższonej empatii, wrażliwości oraz relacyjności. Oczywiście zadaniem szefowej jest świadoma weryfikacja potencjalnych chętnych, ponieważ nie każdy kandydat potrafi bez awantur i kolizji pracować w grupie. W przypadku małych organizacji problem relacji i wzajemnych kontaktów jest kwestią marginalną. Mniej ludzi, mniej przeróżnych charakterów, mniej pobocznych emocji — finalnie nie wymaga to nadzorowania komunikacji i eliminacji ewentualnych konfliktów. Wychodzimy z założenia, że pracę zostawia się w pracy, a kłopoty osobiste nie powinny mieć wpływu na stosunki w zespole. W życiu jednak wiemy, że są to zasady i reguły niemożliwe do spełnienia. Kiedy dzieją się dramaty czy spadają na nas sytuacje przykre, mają one ogromny wpływ nie tylko na nasze emocje, ale także na zdrowie, energię i zapał — szczególnie do społecznej pracy. Są to okoliczności, które z pozoru i w założeniu nie powinny mieć żadnych reperkusji dla ogólnej pracy Fundacji, a jednak wszyscy wiemy, że bywa zupełnie inaczej.
Kwestia chwilowych pauz w aktywności może zdarzyć się każdemu. O ile na pracę zespołu korektorek czy ekipy popularnie zwanej „klepaczami” nie mam zbytniego wpływu, bo monitorowanie ich aktywności nie ma większego przełożenia na ogólną kondycję organizacji, o tyle w innych obszarach sytuacja wygląda inaczej.
Podobnie jest z ekipą kiermaszową, która potrafi tak funkcjonować, że nawet chwilowa absencja wolontariusza nie rzutuje na ogólny profil pracy. Natomiast w zespole edukacyjnym nieobecność kluczowej osoby wiąże się już z widocznymi konsekwencjami. Osobą kluczową w duecie edukacyjnym nie jest ta, która prowadzi sprawnie i ciekawie wykład — jest nią opiekun kota, bo to właśnie mruczek jest podstawą każdego zespołu. Spotkania bez udziału żywych zwierząt są zwyczajnie nudne. Prowadzący może nawet wykonywać cyrkowe sztuczki, a i tak nie jest w stanie zapewnić takich atrakcji ani wyzwolić emocji, jakie samą swoją obecnością wywołuje kot. On nie musi się nawet starać. Wystarczy, że z podniesionym ogonem dumnie będzie kroczył, poznając pomieszczenie, a już wzbudzi tyle ochów i achów, że dzieciom aż rumienieją policzki.
Fundacja nie jest typową firmą. Nie jesteśmy zakładem pracy ani instytucją działającą w określonych, stałych ramach. Nie jesteśmy urzędem, który przyjmuje i rozpatruje złożone na dziennik pisma.
Od czasu, kiedy Kasia zmieniła formę pracy, a przez moje życie z prędkością światła przetoczyły się różne „atrakcje”, które zasadniczo zmieniły styl szefowania, przejęłam grafik umawiania spotkań kocich.
Jest to jednocześnie ogromna nowelizacja i usprawnienie. Mając świadomość, jaki wkład w zawiązane akcje na rzecz Kociej Mamy miały instytucje zapraszające nas na kocie wykłady, już na wstępnym etapie eliminuję te, które sądzą, że jesteśmy ruchomym figlorajem.
Ustalając grafik, zapisuję skrzętnie informacje ważne organizacyjnie: liczbę grup czy klas, ich wielkość oraz możliwość ewentualnej pracy łączonej. Na zajęcia zawsze wybierane są osoby wszechstronnie kompetentne — nie tylko w kwestii kociej czy wolontariackiej sprawności. Pierwszą i najważniejszą zasadą normalizującą aktywność edukacyjną jest eliminacja i unikanie wszelkich kolizji.
Uważam, że podobne zasady powinny przyświecać także drugiej stronie wspólnego projektu, bo szukanie swarów zamiast konstruktywnych rozwiązań ma kuriozalny wpływ na jakość naszej pracy, emocje, energię oraz satysfakcję. Odwiedzając przedszkola i szkoły, organizatorzy zapraszający Fundację powinni mieć świadomość, że pracujemy w oparciu o aktywność zwierząt. To od ich woli i humoru zależy jakość przeprowadzonych wykładów. To, że koty wyczuwają emocje i nastroje swoich opiekunów, jest potwierdzone przez wielu utytułowanych kocich psychologów zwanych behawiorystami. Nasze lęki, złości, napięcia i rozdrażnienia odbierane są przez nie nawet trzy razy mocniej — szczególnie w miejscu innym niż własna, domowa i bezpieczna przestrzeń.
Zastanawiam się, jaka jest idea i motto przewodnie w dialogu prowadzonym z Fundacją od wielu lat. Obie strony mają wiedzę, że nasza organizacja jest wyjątkowa pod kątem prowadzenia zajęć — ich jakości, ale przede wszystkim intensywności. Nie można w przypadku zwierząt i ludzi zakładać żadnych stałych rozwiązań. Tak jak do przedszkola codziennie uczęszcza inna liczba dzieci, tak i w naszym przypadku mogą zajść okoliczności wpływające na pierwotne ustalenia. Znając mnie osobiście i mój stosunek do wolontariatu — mimo że jako szefowa mogłabym sięgnąć po rozwiązania ulgowe — zachęcam do większego zaufania nie tylko w kwestii mojej wiedzy o kotach, ale także w sprawach organizacyjnych. Dla mnie w projekcie edukacyjnym priorytetem nie są dorośli. Moje emocje związane są z dziećmi, przy jednoczesnej ogromnej trosce o moje prywatne zwierzęta i zapewnienie im maksymalnego komfortu pracy, której przecież wcale nie muszą wykonywać. Sugeruję moje słowa przyjąć do serca — bez żalu, bez segregowania ich w kontekście nagany. Mam świadomość, że pomimo wielu udanych wspólnych projektów nadal w temacie dyspozycyjności istot Fundacji, czyli Wolontariuszy i Kotów, wciąż istnieją wyraźne braki w zrozumieniu.
Cieszę się, że Laluś skradł serca dzieciom — w tej placówce działał po raz pierwszy. Ich radość, autentyczna uciecha i emocje nie wymazały jakości formy, w jakiej zostałyśmy przywitane, ale dość znacząco poprawiły nastrój.




