Pomagając kotom, z zasady nie oczekuję profitów. Największą satysfakcją jest wyleczenie kota, eliminacja stanu chorobowego zagrażającego zdrowiu lub życiu. Ludzie, kontaktując się z Fundacją, mając świadomość jej mocy sprawczej, czują się zażenowani i z reguły kompletnie niepotrzebnie składają deklaracje, o których potem zapominają lub wypierają je z pamięci. Obraz, słowo, deklaracja, a już tym bardziej obietnica, w moim przypadku to zobowiązanie, które mocno tkwi w mej pamięci. Oczywistym jest, że ratując koty, nie żądam hymnów pochwalnych, odznaczeń wręczanych przy okazji miejskich uroczystości ani szczególnych profitów. Radość z udanej interwencji, wiedza, że właściwego weterynarza nominowałam do opieki nad delikwentem – już te okoliczności wywołują uśmiech na mojej buzi.
Założyłam Fundację z intencją ratowania kotów, szczególnie tych buszujących w komórkach. Działam, a raczej stwarzam stosowne, przyjazne sytuacje i modeluję codzienność tak, aby wolontariusz realizował się społecznie w maksymalnym psychicznym komforcie. Zdejmuję wszystkie kłopoty i problemy. Prowadzę dialog z lekarzem prowadzącym, konsultuję pomysły na terapię, rozważam kwestie adopcyjne kotów odłowionych na zabiegi. Spokojnie, systematycznie, harmonijnie – w takim trybie, żeby praca wykonywana była sprawnie, ale bez denerwujących kolizji. Trzymam rękę na kocim pulsie wszystkich projektów, akcji i interwencji. Usuwam kolizje, koryguję pomyłki, bywa, że sytuacja wymaga trzepnięcia zdecydowaną łapką, czyli ustawienia zagapionych do pionu. Szefowanie w Kociej Mamie ma inny wymiar niż zwykła aktywność każdego prezesa podobnej branżowo firmy. Wprowadzony w życie jest schemat zarządzania, u nas natomiast od zawsze panuje rodzinna atmosfera, co ma oczywiście kuriozalny wpływ na wszystkie relacje.
Kontaktując się codziennie w trakcie dyżuru z opiekunami kotów, staram się im pomóc rozwikłać problemy, które zwyczajnie ich przerastają. Doświadczenie nabyte, będące wypadkową praktyki interwencyjnej, a nie tylko teorii, sprawia, że pocztą pantoflową zgłaszają się osoby z rozmaitymi problemami. Koty nie mają na ogonach rejestracji ani tabliczek z adresem zameldowania. Jeśli mają ochotę na wycieczki poznawcze albo są karmione na stołówce mieszczącej się trzy ulice dalej, nikt im zdobywania tej wiedzy nie zabroni.
Największym, od zawsze, utrapieniem każdego sensownego opiekuna jest kastracja kotów środowiskowych oraz adopcja kociaków urodzonych z przypadkowych, oczywiście nieplanowanych ciąż.
Urodzone maluchy mają prawo do życia. Ten zapis obowiązuje i nikt go nigdy, w trakcie mojego szefowania, nie poprawi, nie zmieni ani nie skoryguje.
Schemat jest stały. Maluchy przekazujemy do adopcji, a matki i ojców solidarnie wozimy na kastrację. Nie ma wyjątków ani odstępstw od tej reguły. Żadna ulga dla kocurów nie jest w moim przypadku możliwa. Edukuję w temacie profitów wynikających z zabiegów kastracji bardzo chętnie, szczególnie oporną na wiedzę męską grupę kocich karmicieli.
Zbiórka prowadzona w sklepie Netto w Zgierzu była dla mnie osobiście szalenie miłą niespodzianką. Nie oczekiwałam jej, nie planowałam – jest ona naprawdę miłym zaskoczeniem.
To, że pomogłam kotom osoby, którą każdy zbywał, to działanie typowe dla odruchów, jakimi kierujemy się w Kociej Mamie. Bezradność opiekunki nie wpłynęła na interwencję. Szczerość i otwartość w komunikacji pomogły mi jedynie nakreślić plan akcji. Logistyka od zawsze jest moją mocną stroną. Hasła: „przy okazji” i „po drodze” pomogły sprawnie spiąć wiele przedsięwzięć.
Od wspólnego działania minęło kilka miesięcy. Atrakcje, których nie szczędziło mi życie – no i koty oczywiście – sprawiły, że o deklaracji pani na moment zapomniałam. Prawdę mówiąc, trudno było mi uwierzyć, że plany zostaną wprowadzone w życie. A jednak!
Pierwsza przesyłka z prowadzonej akcji pomocowej na rzecz kociaków Kociej Mamy, dzięki uprzejmości osoby sympatyzującej z Fundacją, trafiła do siedziby. Drogą zwrotną przekazane zostały materiały reklamowe, które znacząco pomogą w promocji i reklamie. Nacisk na reklamę kastracji oraz edukację z pewnością przyniesie oczekiwany, pozytywny efekt.
Zgierz jest społecznością aktywną społecznie, a Kocia Mama wiele razy była gościem w różnych placówkach szkolnych, nie tylko w przedszkolach. Wchodząc w nowy rok pracy organizacji, nigdy nie czynimy szczegółowych planów. To, że przygotowujemy się do naszych tradycyjnych sezonów, jest jedynie kontynuacją wieloletniej aktywności. Rutyna w działaniu administracyjno-organizacyjnym nie przenosi się na rutynowe czy schematyczne zachowania wobec kotów. Korzystamy z wypracowanych reguł opiekuńczych, ale każdy mruczek traktowany jest jako indywidualny osobnik.
Akcja w Zgierzu trwać będzie tak długo, jak długo odwiedzający klienci będą zapełniać koszyk z napisem:
„Wspieramy kociaki Fundacji Kocia Mama!”