Szukam domów kotom od wielu, wielu lat. Zajęcie to trwa dłużej niż praca formalna Fundacji, niż aktywność spontaniczna samozwańczej grupy opiekunek, które kierując się dobrym sercem i troską o los koci, skupiły się wokół mnie, działając społecznie na wariackich wówczas papierach. Nie rozważałyśmy strategii, nie kreśliłyśmy planów, nie pisałyśmy regulaminów ani schematów.
Były koty, była ogromna empatia oraz, co najważniejsze, wzajemny szacunek, serdeczność, zaufanie i zrozumienie. Nie było ludzi ważnych i ważniejszych, tytułów, posad, funkcji. Koty stawały nam na drodze, a my podnosząc je, nie myślałyśmy, że działamy bez wsparcia i numeru konta. Ludzi, którym oddawałam koty, wybierałam kierując się intuicją oraz tym dziwiącym każdego przeczuciem. Kiedy patrzyłam na dwie osoby zgłaszające się po tego samego kota, nie decydowałam się na zimną, wysublimowaną, wystylizowaną, nie mającą z pieniędzmi kłopotu osobę, a na ciepłą, niekiedy w przydeptanych butach, od której bił spokój i serdeczność. Inna reguła, kwalifikująca osoby, inna totalnie narracja decyzyjna. Patrzyłam na kandydata i pomijałam całą otoczkę, która świadczyła o zasobności, a większą wagę przykładałam do spontaniczności, bezpośredniości, empatii. Wielu z wolontariuszy, zanim dojrzeli do bycia z nami, do decyzji o dołączeniu do naszej gromady, kontakt mieli ze mną o wiele wcześniej, ponieważ poznaliśmy się w wyniku razem prowadzonej interwencji lub klasycznie, podczas adopcji kota. Tak dostałam w prezencie Emilkę, Anię zwaną Alergią, Elę, Anetę, Danusię i wielu, wielu innych.
Lata mijają mi w kociej robocie. Nie są ani lepsze, ani gorsze, są po prostu inne. Na jakość obecnej aktywności przekuwa się nie tylko nabyte przez te lata doświadczenie, ale i większa świadomość, na lepszym poziomie medycyna weterynaryjna oraz lekarska wiedza. Kiedyś szczytem moich marzeń było odrobaczenie kociaków, potem wraz z rozwojem grupy podnosiłam podstawowe standardy. Kiedy, lata temu, dwa moje kociaki poleciały do Monachium, do kliniki na operację oczu, w kociej branży podniesiono larum, że mi się w głowie przewraca i tracę pieniądze na dziwne aktywności. Nie miałam aż tylu zasobów, jakby się zazdrośnikom wydawało, nauczona biedą, każdą złotówkę umiałam szanować. A kto góry umie bez większych nakładów przenieść, ten śpi spokojnie, i tym sposobem dopiero ma pole do popisu. Od początku wbijałam na sztywno, że społeczne nie oznacza niczyje, że wszystko, co razem zgromadzimy, ma służyć nie nam, a tym, które nas połączyły.
Odwiedzając szkoły i przedszkola, spotykam podczas wydarzeń znajomych i zawsze koci temat wraca jak bumerang i ciągnie się za mną w przeróżnych okolicznościach wariant ten sam, mruczący motyw. Ludzie proszą o radę, poradę, wskazówkę. Lubię to. Mam komfortową okazję przekazać dobre schematy, nie jakieś powielane, odrealnione reguły, które nie tylko trącą myszką, ale wręcz bardziej skostniałym zabobonem. Spotkania bezpośrednie to także okazja do promowania świadomych adopcji. Nie takich, kiedy osobie w wieku senioralnym powierza się beztrosko małego, kilkutygodniowego kota. Kiedyś usłyszałam dość specyficzne zażalenie, że jestem obcesowa i, powiem szczerze, musiałam się z tą opinią zgodzić. Nie umiem być politycznie poprawna, kiedy człowiek dość posunięty w latach staje do adopcji po kociego maluszka. Na typowe w tej okoliczności pytanie, a co się w razie „godziny W” z kociakiem stanie, słyszę beztrosko w odpowiedzi: To już problem poza mną będzie!
No nie!
Świadomie wypieram złość i gniew, wyrzucam z pamięci te sytuacje, które w złym świetle stawiają tych, którzy deklarują, że koty dla nich są magiczne.
Ostatnio, przy okazji edukacji miałam przyjemność doświadczyć kilku diametralnie różnych okoliczności, które w zasadniczy sposób wpłynęły na decyzje, podjęte w związku z prowadzonym od wielu lat projektem edukacyjnym.
Często wracam do tego tematu, ponieważ odwiedzając szkoły i przedszkola, przypadają mi w udziale sytuacje, których każdy, działający społecznie chciałby uniknąć.
Najbardziej kuriozalne wydarzenie miało miejsce podczas ostatniego spotkania w przedszkolu, w którym gościłyśmy po raz pierwszy. Zbiórka karmy była gorzej niż mizerna. Jechałyśmy do innego miasta po dary, które powinny w zasadzie zawstydzić organizatorów, ale nie ta okoliczność była najdziwniejsza, a fakt, że nauczycielka po zakończonym wykładzie nie raczyła wytłumaczyć dzieciom, iż dobre wychowanie nakazuje gości po prostu pożegnać, a nie wyjść bez słowa z pomieszczenia, w którym odbywał się wykład. Skoro na poziomie przedszkola nie uczy się dzieci zasad, obowiązujących w cywilizowanym społeczeństwie, to trudno wymagać, żeby uczniowie szkół doceniali magię zaczarowanych słów „proszę”, „przepraszam”, „dziękuję”!
Opiekunka wykręciła się na pięcie, ignorując totalnie osoby z Fundacji. Na moje wyraźne zapytanie, czy zawsze w taki sposób traktuje gości, popatrzyła na mnie, jakbym była przezroczysta, zwracając się do siedzących obok dzieci: „Wracamy do zabawy w zgadywanki!” i zero nawiązania do spotkania z Kocią Mamą!
Takich zachowań jest więcej. Nie są ani jednostkowe, ani marginalne, są typowe, butne, chamskie, aroganckie, jakbyśmy siłą w chodziły w przestrzeń placówki. Oczywiście to przedszkole w Zgierzu zostało automatycznie wpisane na czarną listę. Żaden wolontariusz ani tym bardziej jego zjawiskowy, koci edukator, nie zaszczyci z wizytą tak dziwnej społeczności. Jest mi przykro, że taki incydent się zdarzył, więc dzielę się i tymi faktami, które niestety zdarzają się coraz częściej. To już nie jest sporadyczne wydarzenie, takie sytuacje stają się nagminne.
To, że zbiórka była żenująca, można tłumaczyć biedą, ale lekceważący stosunek wobec drugiej osoby, do gości zaproszonych przez społeczność przedszkola, to niedopuszczalne błędy wychowawcze osób, które kształtują charaktery powierzanych im pod opiekę małych dzieci. Nie mam wiedzy, czy rodzice mają świadomość, jakie osoby opiekują się ich dziećmi, ale o całym zajściu osobiście poinformowałam dyrekcję placówki. Takie wybryki są niedopuszczalne i karygodne.
Oczywiście, na drugiej szali trzeba położyć tych wszystkich, którzy zapraszając Fundację, z dnia spotkania czynią nieomal święto. Dzieci mają ubranka z wizerunkiem kotów, kocie opaski we włosach lub wręcz całe kocie stroje w przypadku chłopców. Dziwnym trafem w tych przedszkolach nie tylko atmosfera jest serdeczna, jakoś nigdy także nie było kłopotu z solidną zbiórką.
Im dłużej prowadzimy zajęcia edukacyjne, tym częściej nasuwa się pytanie, czy osoby zapraszające Fundację faktycznie na uwadze mają rozwijanie empatii i promowanie społecznych postaw, czy bardziej liczą na zawodowe profity, wynikające z aktywności, niewpisanej podstawowy etat.
Kiedyś brzydkie zachowanie wobec ludzi Fundacji było jednostkowym incydentem, obecnie są one, niestety, na porządku dziennym. Jest ono proporcjonalne do wieku opiekunów i wykładowców, im młodsi, tym bardziej wykazują brak szacunku do podstawowych zasad, wynikających z dobrego tonu, taktu, społecznej ogłady. Mają roszczenia, wymagania, oczekują respektowania ich potrzeb, a sami przekraczają wszelkie granice, określające kulturalną komunikację.
Nie mam pojęcia, jakie powinnam podjąć w nowej rzeczywistości decyzje. Czy radykalnie zamknąć projekt edukacyjny, czy w zasadniczy sposób zmienić podstawowe reguły, określające wizytę?
Dotąd miałam wrażenie, że organizatorzy, przygotowując spotkanie z Fundacją, nie traktują jej w kategorii przeszkadzacza, a raczej jako fajną, niebywałą okazję do udziału w ciekawym wykładzie. Wnioski po kilku ostatnich spotkaniach niestety są raczej negatywne i zmuszają mnie do wnikliwej analizy zysków dla Fundacji w zestawieniu z poniesionymi w wyniku projektu nakładami.