z wizytą u kociej mamy

Wszyscy, którzy choć troszkę znają Fundację, otarli się o nią przy rozmaitych okazjach, mają świadomość, że jest to specyficzna organizacja, w której pielęgnowane są zasady, których nie odnajdzie się w innych tego rodzaju instytucjach.

Kocia Mama to nie tylko firma opiekująca się kotami. To społeczność, która przyciąga osoby inaczej relacyjne, czyli charakteryzujące się nie tylko innym postrzeganiem świata zwierząt, ale również totalnie inaczej identyfikujące swoją rolę w obecnej, dość nietypowej rzeczywistości. U nas każdy wolontariusz posiada jedną cechę, która ich wszystkich łączy i wyróżnia zarazem na tle innych, działających na rzecz zwierząt. Mianowicie jest w takim samym stopniu empatyczny dla zwierząt, jak i wobec ludzi.

Rozumienie i zrozumienie pracujących w Kociej Mamie wolontariuszy, pozwala mi na spokojne zarządzanie całością, czyli każdą grupą zadaniową, która zaangażowana jest w prowadzone projekty. Nadzór nie oznacza despotycznego podejmowania decyzji, które regulują realizowanie przyjętych obowiązków. Nadzór to podpowiedź, pokazanie alternatywy, czasem zamiennika. Despotyzm budzi sprzeciw, ale także obawę i strach, a te emocje są zawsze początkiem rozpadu każdej organizacji. Nie ma obecnie przyzwolenia na prowadzenie efektywnie Fundacji w oparciu o kumoterstwo, faworyzowanie czy osobistą sympatię. Żeby każdy wolontariusz czuł się spełnionym i docenionym, moim najważniejszym obowiązkiem jest nieprzenoszenie osobistych sympatii na forum oraz niepodejmowanie emocjonalne decyzji. Jest to trudne zadanie, ale tylko taka postawa gwarantuje utrzymanie dobrej atmosfery.

Wizyty w szkołach i przedszkolach z kotami wiążą się z określonymi obowiązkami, przypisanymi niestety obu partnerom projektu.

Mówiąc szczerze, gdybym nie kochała tego, co robię, za żadne skarby nie zgodziłabym się na ten proceduralny kalejdoskop. Wchodząc w przestrzeń każdej placówki, nie zadaję pytania, ile jest dzieci w grupie czy klasie lub czy są w nich alergicy. Edukatorzy fundacyjni są sprawni w każdej okoliczności czy sytuacji, która bezpośrednio związana jest z prowadzonym projektem. Koty odwiedzające są z reguły dedykowane do pracy z alergikami, ponieważ devon i sfinks nie posiadają sierści, a ragdoll nie ma typowego kociego futra, tylko włosy.

Nikt nie uwierzy, ale zanim zacznę pogadankę, zadaję pytanie robocze: Co mi wolno?

Jest to bardzo ważna kwestia, która pozwala uniknąć niepotrzebnych kłopotów.

To, że odwiedziny z kotami są ogromnym przeżyciem dla dzieci, jest faktem oczywistym. Po każdym spotkaniu, tradycyjnie, piszę tematyczny artykuł. To też niezmienna zasada. W każdym zamieszczamy zdjęcia i tu pojawia się najważniejszy problem.

W każdej placówce obowiązują inne normy. Są takie, w których możemy robić zdjęcia do bólu, im więcej tym lepiej. Ale bywają i takie, w których niedopuszczalne są fotki dzieci, nawet wykonane z tyłu albo opublikowane z emotkami zamiast buziek. Wtedy pomaga mi dokumentacja zbiórki karmy, a w przypadku, kiedy jej brak, sięgam po zdjęcia moich kotów.

Szkoła, która mieści się nieopodal siedziby Fundacji, znana jest mi ze swojej społeczności. Akcje na rzecz Kociej Mamy organizowane są w niej od szeregu lat. Tym razem po zakończeniu zbiórki, podczas omawiania terminu wizyty kotów w szkole, wyniknął niespodziewanie dość poważny problem. Okazało się, że nie mogę wejść na teren szkoły bez aktualnego orzeczenia z sądu odnośnie niekaralności, procedura została wprowadzona z uwagi na ochronę dzieci i młodzieży przed sytuacjami mającymi znamiona pedofilstwa.

Zatkało mnie! Od tylu lat swobodnie wchodzę do przeróżnych placówek, związanych z edukacją i nikomu do głowy by nie przyszło zażądać ode mnie takiego dokumentu. Rozumiem troskę o bezpieczeństwo moralne uczniów i mam zamiar złożyć pismo o takie zaświadczenie. Problem dotyczył czasu i wieku dzieci. Najbardziej aktywne w akcji były dzieciaczki, uczęszczające do klas młodszych. Im wychowawczynie już obiecały spotkanie z kotami. Kłopot dotyczył czasu oczekiwania na wydanie dokumentu, a wiedzą to wszyscy aż za dobrze, że regulamin normujący pracę urzędników to rzecz święta, sztywna i trzymająca się twardo obranych terminów.

Sytuacja była patowa. Jak wytłumaczyć dzieciom kwestię, dotyczącą tematu, przed którym mamy obowiązek je chronić? To są informacje zbyt ciężkie emocjonalnie dla ośmio- i dziewięciolatków.

Jak zwykle z kłopotu wybrnęłam po kociemu. Skoro ja nie mogę pójść do dzieci, dzieci przyjdą do mnie!

Na tarasie rozłożyłam koce. Afirmowaliśmy wszyscy ładną pogodę.

W czasie przerwy klasy przywędrowały, idąc na skróty koło naszego branżowego muralu, do siedziby Fundacji, w której czekało na nie sześć kotów. Do szkoły nie zabrałabym starej Zośki czy płochej Lilki, ale w przestrzeni sobie znanej, obie kocice świetnie wykonały swoje zadanie. Dzieci miały okazję poznać nie tylko dwóch edukatorów, zawsze grających pierwsze skrzypce, czyli Lalusia i Ytka, ale także seniorkę Zosię, rozbrykane łobuziaki, Pestkę i Śliwkę czy dostojną Brytyjkę, Lilkę.

Opowieści kocie jak zwykle sypały się, jak z kociego rękawa, ale ta wizyta pozwoliła dzieciom zobaczyć, jak się koty zachowują w swoim prywatnym otoczeniu. Poznać ich interakcje, odruchy, reakcję na nową sytuację. Koty zaprezentowały doskonale, jak wygląda kocia ciekawość, zaskoczenie, niedowierzanie. Wracając do tego spotkania, z ręką na sercu przyznam, że wszystkim świetnie przysłużył się ten złoszczący mnie na początku obowiązek. Miałam przyjemność prowadzić zajęcia i dla mnie w innej, nowej i atrakcyjnej odsłonie.

Przy tej okazji pragnę poinformować, że wizyty edukacyjne w siedzibie nie staną się nową tradycją.