To są na szczęście sporadyczne sytuacje, ale niestety się zdarzają. Ratując koty, ocieram się o śmierć, nie szukając wcale z nią kontaktu.
To, że koty umierają, jest ciemną stroną naszej pracy. Dokładnie tak jak lekarze, musimy mieć świadomość, że trafiają się przypadki, w których wobec choroby medycyna jest bezradna. Koty w zasadzie nie różnią się od nas, ludzi, aż tak bardzo, jak sądzą niektórzy. To, że one nie mówią, a mruczą, i w przeciwieństwie do ludzi mają ciała pokryte futrem, nie oznacza wcale, że nie chorują na podobne dolegliwości jak istoty chodzące — w wyniku ewolucji — na dwóch nogach. Jesteśmy ssakami, a na świat przychodzimy w podobnej formie. Medycyna weterynaryjna nieustannie się rozwija, jest na coraz lepszym poziomie, a wypadkowa tego zjawiska ma oczywiście świetne przełożenie na podejmowanie skutecznych terapii oraz przeprowadzanie operacji ratujących życie.
Wiemy wszyscy — nie tylko w Kociej Mamie — że ŻYCIE to dobro największe, które bezwzględnie należy chronić. Hołdując tej teorii, ratujemy nie tylko kocie oseski, ale także koty wymagające skomplikowanych operacji chirurgicznych, kostnych oraz kosztownych terapii. Szansę dostają nie tylko koty połamane, powypadkowe, wymagające usunięcia gałki ocznej czy guza. Otaczamy opieką koty białaczkowe, depresyjne, a nawet te dzikie, żyjące w środowisku, które jest dla nich zagrożeniem. Na każdy problem związany z kotem można wyszukać właściwe rozwiązanie — trzeba tylko fachowo podejść do tematu.
Działając w kociej przestrzeni prawie trzydzieści lat, przyszło mi prowadzić przeróżne interwencje i spotkać ludzi, z których każdy w jakiś sposób zapisał się w mojej pamięci. Jedni przewijają się konsekwentnie przez kolejne dekady aktywności, inni obecni są tylko przez chwilę, kiedy wymagają tego okoliczności. Jest też, niestety, grupa takich osobowości, których wspomnienie wywołuje wyłącznie złość. To naturalna sytuacja, ponieważ działając z ludźmi, trafiamy na przeróżne rodzaje charakterów, a nie każdy musi wpisywać się w naszą retorykę. Spotykamy ludzi, z którymi rozumiemy się bez słów, mamy ten sam rodzaj dowcipu oraz podobne poglądy, a są i tacy, którzy wywołują u nas uczulenie samą tylko obecnością — nie muszą nawet otwierać ust, żeby nas zirytować. Pomysły pomocowe czasem mnie zadziwiają, zaskakują i wprawiają w zakłopotanie, ale zawsze staram się zrozumieć osobę wychodzącą z propozycją współpracy, poznając jej intencje, które zainicjowały działanie.
Poznaję przeróżne osoby, generalnie zapadam w ich pamięci jako Iza od kotów. Jedni darzą mnie sympatią, inni ledwie tolerują, a całkiem spore grono dostaje wysypki na samą wzmiankę o mnie. Nie muszę tych grup w żaden sposób opisywać, ponieważ każdy, kto mnie zna, wie doskonale, z jakiego powodu ten schemat szufladkuje moich bliższych i dalszych znajomych.
Sytuacje spadają na mnie dziwne. Spełniałam ostatnie marzenie umierającej na raka osoby, składałam życzenia dobrego życia nowożeńcom decydującym się na wspólne życie, kupowałam prezenty dzieciom do szkoły przyszpitalnej, kiedy to — z powodu nieuleczalnej choroby — rodziców nie było ich stać na zakup wymarzonych klocków Lego.
Ostatnio ponownie zostałam zaskoczona dość nietypową sytuacją. Zwróciła się do mnie osoba z pytaniem, jak zorganizować akcję pomocową dla Kociej Mamy po śmierci pewnej uwielbiającej koty młodej kobiety. Zaniemówiłam — jak dotąd nikt nie wpadł na pomysł, by cudzą śmierć, czyli strasznie smutną okoliczność, przekuć na wsparcie dla fundacyjnych kotów. Spokojnie wysłuchałam dość intrygującej opowieści o tym, z jakiej przyczyny najbliższe grono zmarłej wpadło na taki pomysł. Dziewczyna kochała koty — od zawsze. Żyła z kotem, rysowała kocie grafiki, brała udział w przeróżnych zbiórkach, włączając się w ratowanie. Osoby z jej najbliższego otoczenia uznały, że zbiórka pieniężna dla fundacyjnych kotów bardziej przypadłaby jej do serca niż zakup pogrzebowych wiązanek.
Z lekkim niepokojem przekazano mi informację o tym niecodziennym projekcie. Kreatywność zawsze podpowiadała mi dobre decyzje i rozwiązania, a że lubię nietuzinkowe formy aktywności, natychmiast wyłuszczyłam, jak widzę całe przedsięwzięcie. Na codzienne zaglądanie na konto bankowe Fundacji kompletnie nie mam czasu, ani na robienie potwierdzeń wpłynięcia przelewu, ale mając pozwolenie na zbiórki permanentne oraz status organizacji OPP, mogę zakładać zbiórki na profesjonalnym, rzetelnym i wiarygodnym portalu pomocowym Ratuj Zwierzaki. Poprosiłam o zredagowanie krótkiej notatki dotyczącej intencji zbiórki, załączenie kilku zdjęć i Iwonka założyła na portalu skarbonkę.
Jest to najbardziej przejrzysta forma, ponieważ na zbiórce natychmiast pokazuje się przekazana kwota. Darczyńca decyduje także, czy przekazuje wsparcie anonimowo, czy ujawnia swoje dane. Sądzę, że ta forma jest najlepsza, ponieważ po zakończeniu zbiórki, kiedy Iwonka naciśnie klawisz „wypłać”, zebrana kwota automatycznie zostanie przekazana na konto Fundacji — bez pośredników i zbędnych transakcji.
Po raz pierwszy w historii Kociej Mamy zetknęłam się z taką akcją pomocową, ale wyrażając zgodę na przyjęcie pomocy w tak specyficznej formie, uznałam argumenty przyjaciół zmarłej. Pięknie nazwali swoją akcję: Dobro, które wraca!
To taka odrobinkę metafizyczna sytuacja — pomaga kotom osoba przebywająca już w innym wymiarze, a miłość, jaką przez całe życie darzyła sierściuchy, mimo że jej samej już nie ma w naszej czasoprzestrzeni, nadal rozsiewa dobro i pomoc.

