Jesteśmy na półmetku lata. W tym roku, mając w pamięci wydarzenia związane z ubiegłoroczną epidemią, której żniwo było dramatyczne, żadna z wolontariuszek prowadzących domy tymczasowe nie protestuje wobec nałożonych restrykcji wynikających z ostrożności.
Wszelkie zaburzenia są potencjalnym ogniskiem zapalnym, a w wyniku ich następstw cierpią w takim samym stopniu zarówno ofiary, czyli koty, jak i patrzące na ich udrękę opiekunki. Musimy sobie wyraźnie powiedzieć, że nie wolno bezkarnie zmieniać wypracowanych zasad, bo wszelkie odstępstwa mogą być przyczyną dramatu. Minął rok i dopiero teraz potrafię nabrać do tamtych wydarzeń odrobinę dystansu. Mam świadomość, że koty nie są istotami, o które zbyt mocno troszczą się urzędnicy. Tej sytuacji nie zmienią żadne rozmowy, próby nakreślenia współpracy, tak by z Fundacji nie czynić odbiorcy zwierząt zabezpieczanych podczas rutynowych interwencji służb mundurowych. Niby cel jest wspólny — program ochrony zwierząt, opracowywany każdego roku według postulatów Ustawy o ochronie zwierząt — a jednak działa strasznie słabo, kulawo, i niestety bez organizacji non profit wiele istnień nie miałoby szans na przeżycie.
Kiedy staram się na chłodno, z dystansem, odkładając emocje, empatię i miłość do kotów na bok, rozłożyć na czynniki pierwsze wszystkie te zdarzenia, które mają miejsce w branży, to okazuje się, że nie ma w tych działaniach płynnych zależności. Jedna akcja nie uruchamia automatycznie kolejnej, wynikającej z niej, sensownej reakcji. Najkrócej mówiąc: brak logicznej konsekwencji. Służby podejmują interwencje, jednak zanim telefonista ją przyjmie i nada oficjalny bieg, stara się przekierować dzwoniącego do Fundacji. Szalenie doceniam to wyróżnienie i uznanie dla naszej pracy, jednak zabezpieczenie wszystkich kociąt w mieście nie należy do moich obowiązków. Rozumiem przypadki niesamodzielnych maluchów — mając status ślepego miotu, automatycznie skazane są na eutanazję. W przypadku kociąt samodzielnych bezwzględnie obowiązuje kwarantanna. Nie pozwolę na mieszanie kociąt bez wcześniejszej wizyty w klinice, a często tego właśnie oczekują osoby, które znalazły malucha późnym wieczorem lub w nocy. One mają prawo nie być świadome zagrożenia — ja nie!
Nie pracując w trybie schroniska, nie opieramy się na systemie klatkowym. Kociaki biegają swobodnie po naszych domach — to dla nich komfortowa sytuacja, ale tylko przy zachowaniu naszej podwyższonej ostrożności.
Uważam, że przy okazji należy poruszyć jeszcze jeden bardzo ważny element naszej pracy — budżetowanie. Zbierane środki mogą być używane zgodnie z zapisami w Statucie, a w nim nie ma żadnego punktu dotyczącego finansowania działań interwencyjnych służb mundurowych ani sponsorowania pracy miejskiego schroniska. Możemy okazyjnie wesprzeć w wyjątkowej sytuacji, ale nie może to stać się normą — jedynie precedensem.
Fundacja Kocia Mama nie jest parasolem ochronnym dla innych organizacji działających w regionie. Dokładnie tak samo postępujemy wobec innych podmiotów zajmujących się pomocą zwierzętom. Wszelkie próby podjęte przez Fundację, by opracować wspólny projekt regulujący współpracę, zakończyły się fiaskiem. Nie można zatem oczekiwać, że Fundacja przekaże środki otrzymane od sponsorów i darczyńców na finansowanie interwencji zgłaszanych do urzędu, schroniska czy Straży Miejskiej.
Nadal trwa sezon na małego kociaka. To najlepszy moment, by przekazać kilka informacji, które pomogą karmicielom zrozumieć, że nie tylko pełna miska ma znaczenie w ich misji.
Na całokształt zdrowotnej kondycji kota środowiskowego składają się dieta i profilaktyka. Z dietą nie ma większego problemu — wystarczy pamiętać o czystych miseczkach, kuwetach w piwnicach i o tym, że suchą karmę podajemy latem, a mokrą tylko nocą, by uniknąć jej zepsucia na słońcu. Muchy błyskawicznie zjawiają się w takich miejscach, a potem głodne koty jedzą zepsute jedzenie, co kończy się zatruciem lub robaczycą.
Kwestia profilaktyki, czyli odrobaczania, wciąż jest spychana na dalszy plan. Gdy kot jest odławiany na zabieg eliminujący możliwość rozmnażania, każdy osobnik — niezależnie od płci — zostaje odrobaczony i odpchlony z troski o jego zdrowie. Fundacja nie działa połowicznie. Kiedy mamy kota pod kontrolą, zajmujemy się nim kompleksowo — zostaje dokładnie obejrzany, tak jak komercyjny pacjent, pod kątem weterynaryjnym. Oprócz eliminacji niechcianych lokatorów w futrze sprawdzamy oczy, nos. Przy podejrzeniu kociego kataru podawany jest jednorazowy antybiotyk o przedłużonym działaniu na dwa tygodnie, by uniknąć traumy związanej z hospitalizacją. Mam świadomość, że dzikie stado trudno zabezpieczyć przed robakami, ale są preparaty, które można dodać do mokrego jedzenia. Koty środowiskowe należy odrobaczać co najmniej raz na kwartał. Koty wolno bytujące, polujące na gryzonie, są niemal zawsze zarobaczone. Troskliwi opiekunowie nie powinni tego bagatelizować.
Kotki-matki — pisałam o nich wielokrotnie, nie tylko przy okazji klasycznych interwencji, kiedy odławialiśmy całe rodziny: matkę na zabieg, dzieci do socjalizacji i adopcji. Wspominałam też o ich życiowej mądrości, sposobach przygotowywania dzieci do samodzielności, nauce instynktu samozachowawczego i właściwej komunikacji z człowiekiem, który je dokarmia.
Tym razem rozważę los kotek i ich potomstwa w sytuacji, gdy nie mają opieki świadomego opiekuna, a jego aktywność sprowadza się jedynie do postawienia miski.
Chore matki rodzą chore dzieci. Dotyczy to nie tylko infekcji widocznych gołym okiem, jak koci katar, ale i pasożytów żyjących w jelitach matki, które atakują płód jeszcze w macicy. Tasiemiec — bo o nim mowa — to najgroźniejszy zabójca kociąt.
Ostatnia interwencja AP, w wyniku której Fundacja przejęła do karmienia miot, z pozoru nie różniła się od poprzednich. Klasyka: lato, trawy, miot leżący bez matki, maluszki jeszcze z pępowinami, ślepe. Decyzja mogła być tylko jedna: jadą do Danuty — ma czysty dom i mleko.
Odkarmiałyśmy z sukcesem jednodniowe kociaki. Czasem umierały starsze. Pierwszy dzień dramatu nie zapowiadał. Drugi zaczął się o 7 rano wiadomością. Wszyscy wiedzą, że wstaję bladym świtem — dla mnie dzień zaczyna się o piątej.
– Umarły mi w nocy dwa… Karmiłam, a z odbytu robale wychodziły… Schowałam do pojemniczka. Gdzie mam z tymi żyjącymi jechać?
Wskazałam klinikę. Była sobota — dzień, w którym zabiegani przypominają sobie o cierpieniu swoich zwierząt. Kliniki pękają wtedy w szwach. Zadzwoniłam, wyjaśniłam, uprzedziłam, poprosiłam o natychmiastową pomoc. Z tą ekipą mogę sobie pozwolić na takie relacje — wiedzą, że nie ogłaszam alarmu bez powodu. Maluchy zostały zaopiekowane najlepiej jak można, jednak rokowania były bardzo ostrożne. Rodzeństwo umarło z powodu tasiemca. Żył w ich maleńkich ciałkach i zabijał od wewnątrz. Gdyby matka była odrobaczona, nie przekazałaby mordercy swoim dzieciom.
Wciąż karmiciele nie rozumieją, że najlepszym prezentem dla dziko żyjących zwierząt jest wizyta w klinice na zabieg. Przy okazji zawsze robiony jest ogólny przegląd. Nie ma wyjątków. Poza tym mioty pojawiają się średnio trzy razy do roku — to poważne obciążenie finansowe dla opiekuna stada, ponieważ Fundacja nie wspiera karmicieli, którzy nie zabezpieczyli swojego stada.
Sugeruję rozwagę i przemyślenie własnych działań. To, co pozornie wygląda jak dobrze wykonane zadanie, może okazać się dramatyczne w skutkach dla małych kocich dzieci. Z naturą się nie wygra. Zwierzęta kierują się instynktem — z nim jeszcze nikt nie wygrał. Fundacja nigdy nie odmawia kastracji czy sterylizacji, wręcz obligatoryjnie wymaga tego przy okazji interwencji, gdy przyjmujemy maluchy. Mamy opracowane metody, schematy i rozwiązania. Zgłaszając się po pomoc — proszę, bądźcie konkretni i konstruktywni. Nie traćmy czasu na słowne przepychanki. Kiedy wiem, że mam rację — nie zgodzę się na żadne dziwaczne rozwiązania. Ta ścieżka wiedzie nas wszystkich, kochających koty, do jednego celu: żeby żyło im się lepiej. Nie liczą się nasze emocje czy uczucia. My, ludzie, powinniśmy z pokorą uszanować, że zjawiły się obok nas z nadzieją nie tylko na pełną miskę, ale i na pomoc — bo tak podpowiedziała im kocia intuicja. Doceńmy to!
