Kiedyś naiwnie sądziłam, że w przypadku, gdy opiszę raz problem, zdarzenie, zajście, kłopot czy interwencję, stanie się ten schemat wzorem, który pomoże kociarzom, sympatykom, znajomym zrozumieć, jak faktycznie zbudowana jest strukturalnie Kocia Mama, jak działa, według jakich zasad, jakie ma niezmienne priorytety oraz typowe, bezwarunkowe schematy. Okazuje się, że lata płyną, jedni są już pozytywnie wyedukowani po pierwszym kontakcie z organizacją, ale to wcale nie oznacza, że dzielą się tą wiedzą z innymi – mimo że kiedy znajomi znajdą się w kłopocie, to właśnie do nas są kierowani.
Koty – one zawsze są przyczyną, dla której szuka się kontaktu z Fundacją. O ile tryb adopcyjny czy interwencyjny jest raczej ogólnie znany i w tych przypadkach nie ma zdziwienia ani zaskoczenia, o tyle trudności zaczynają się w momencie, kiedy człowiek staje przed koniecznością finansowania kosztownego leczenia.
Rozumiem wolę walki i determinację. Są jednak okoliczności, w których Fundacja nie może udzielić żadnej pomocy – i wynika to z braku wcześniejszej komunikacji.
Rozważmy sytuację, która powtarza się ostatnio cyklicznie. Kociarze znajdują kota – nie jest istotny wiek, lecz fakt, że kierowani odruchem serca chcą dać mu dom. Jednak już po kilku dniach podejrzewają, że futrzak jest bardzo poważnie chory. Nie kontaktują się z Fundacją, nie proszą o pomoc, poradę, wskazówkę. Udają się do kliniki i niestety słyszą dramatyczną diagnozę. Okazuje się, że stan kota jest bardzo ciężki, a weterynarze sugerują drogą terapię albo kosztowny zabieg – w trudniejszych przypadkach dochodzi jeszcze leczenie onkologiczne. Oczywiście nie chcą poddać się bez walki, o swoim kłopocie opowiadają rodzinie, kolegom, znajomym. Ktoś wskazuje klinikę, inny sugeruje założenie zrzutki. Nikomu nie przychodzi do głowy, aby zanim wdroży się leczenie i podejmie ustalenia, skontaktować się z Kocią Mamą. Kot zaczyna terapię, dni mijają, koszty rosną. Pamiętajmy, że nowi opiekunowie – w rzeczywistości dotąd im obcej – kierowali się sugestiami ludzi, którzy niby otarli się o branżę kocią, ale nie mają ani autorytetu, ani dobrych osiągnięć, a ich specyficzna komunikacja oraz filozofia działania sprawiły, że organizacje, w których kiedyś pracowali, nie chcą w żadnym przypadku wznawiać z nimi kontaktu.
Mam świadomość, że opiekunowie chorego kota nie posiadali wcześniej tej wiedzy, ale pierwsze decyzje dotyczące wyboru mentora oraz kliniki determinują możliwość włączenia się Kociej Mamy.
Fundacja nie finansuje prywatnych zbiórek na zrzutkach. Nie wpłacamy darowizn na imienne konta. W tym momencie laikowi nasuwa się najprostsze pytanie: Jak to się dzieje, że Fundacja, która szczyci się leczeniem trudnych przypadków, ratowaniem w stanach niemal beznadziejnych, odmawia finansowania leczenia kota zabranego z ulicy? Przesłanki do wsparcia są mocne: biedak ocalony, opiekuna przerosły koszty.
Wyjaśniam: nie podważam intencji, empatii, prawidłowej reakcji – to są szalenie pozytywne odruchy.
Pierwsza wizyta w klinice również – ponieważ bez diagnostyki nikt nie oszacuje stanu faktycznego i schematu pomocowego. Ale w tym momencie powinno się ze strony opiekunów pojawić pytanie o budżet. Pierwsze pytanie powinno dotyczyć rokowania – przy świadomości ogólnej kondycji i spustoszenia, jakiego dokonała choroba lub infekcja. Drugie – wynikające naturalnie – to: w jakiej kwocie może zamknąć się cały budżet? Po uzyskaniu tych informacji oraz zgromadzeniu całej dokumentacji sporządzonej w wyniku badania, testów i analiz, natychmiast powinno się wpisać w wyszukiwarkę frazę: „kocia organizacja na terenie Łodzi” – i natychmiast jako pierwsza podpowiadana jest Kocia Mama. Wynika to nie z dobrego pozycjonowania, ale z faktu prowadzenia licznych interwencji i udzielania pomocy opiekunom, którzy decydują się na transakcję adopcyjną wiązaną: Fundacja leczy – opiekun podpisuje adopcję.
Żadna solidna klinika, mając świadomość, jak ogromne są koszty leczenia kota środowiskowego, nie pozostaje pasywna – tylko podsuwa możliwość kontaktu z jakąś organizacją. Nie musi to być wyłącznie Kocia Mama – nie chcemy mieć monopolu na leczenie wszystkich nieszczęść w regionie – jednak pamiętajmy, że organizacje mają swoje przywileje z uwagi na status non-profit i działanie w trybie OPP.
Fundacja może założyć zbiórkę na wskazanego zwierzaka i tym samym przejmuje finansowanie. W gestii opiekuna zostaje sumienne podawanie leków oraz przestrzeganie terminów wyznaczonych wizyt.
Jeszcze lepszym posunięciem jest, zaraz po wyszukaniu nazwy organizacji, sprawdzenie na jej stronie, z którymi klinikami współpracuje – i udanie się do jednej z nich na pierwszą wizytę. Skraca to diametralnie weryfikację, bo współpracując tylko z czterema placówkami w mieście, doskonale znam ich fachowość i kompetencje oraz cenię zjawisko, które wypracowali – a mianowicie: działanie razem dla dobra zwierzaka, bez cienia rywalizacji czy konkurencji.
Mając diagnostykę wykonaną w jednej ze współpracujących przychodni weterynaryjnych, po konsultacji wybieramy tę, w której pracuje właściwy specjalista – tym samym unika się sytuacji, że pacjenta okolicznego prowadzi dermatolog czy internista.
Tak powinno przebiegać prawidłowe zgłoszenie o pomoc.
Fundacja pomaga w leczeniu, mając zgromadzony cały komplet badań oraz analiz. Nadzór eliminuje zbędne wydatki. W praktyce często się zdarza, że opiekun – przerażony i przytłoczony sytuacją – nie mając doświadczenia, brnie w koszty, których można było uniknąć. Bywa, że wykonanie określonych badań w konkretnym przypadku nie przynosi żadnych istotnych informacji, które miałyby wpływ na terapię.
A jak to się dzieje faktycznie?
Generalnie opiekunowie zgłaszają się w momencie, kiedy zawieszona jest prywatna zrzutka. Koszty komercyjnego leczenia, zabiegów, pobytu w szpitalu rosną horrendalnie – sięgając nieraz kwot absurdalnych. W obliczu wizji ogromnego zadłużenia, w obawie przed utratą mienia, dopiero wtedy kontaktują się z Fundacją – tylko że na tym etapie organizacja ma już związane ręce.
Kot jest pacjentem przeważnie kliniki, która nie współpracuje z Kocią Mamą, więc Fundacja traktowana jest również komercyjnie. Działając w oparciu o 1,5%, moje decyzje muszą wynikać z szacunku do darczyńców – czyli pod żadnym pozorem nie wolno mi finansować leczenia w lecznicach wskazanych przez opiekuna kota, a wyłącznie w tych, które wraz z Kocią Mamą pracują nad zmianą jakości życia kota środowiskowego. Nie może normą być sytuacja, że opłacamy faktury, na wysokość których nie miałyśmy wpływu.
Jeszcze trudniej przedstawia się kwestia w przypadku, gdy zrozpaczony opiekun powołuje się na osobę, za którą ciągnie się afera, skandal czy próba matactwa. Żal mi obu istot – i człowieka, i kota – ale nie mogę nic zrobić, ponieważ w tej branży środowisko jest zamknięte, i każdy ze zwierzolubów ma swoją historię. Są osoby, które były wolontariuszami prawie we wszystkich organizacjach zwierzęcych w mieście – w żadnej na dłużej nie zagrzali miejsca. Kontaktu z nimi unika każda rozważna osoba, świadomie i z ostrożnością eliminując niepotrzebne kłopoty. Przed jednymi wszystkie drzwi stoją otworem, przed innymi – każdy rozsądny człowiek zamyka je na cztery spusty.
Są obecni, próbują działać, ale ich brak racjonalizmu zawsze kończy się porażką.
Ponieważ Fundacja ma w statucie wpisane szeroko rozumiane pomaganie, troskę, opiekę, doradztwo – raz jeszcze przypominam, jak się zachować, kiedy życie nagle zaskoczy nas niekoniecznie miłą okolicznością
