dziwne odruchy

Działam w kociej branży już tyle lat, że mogę pokusić się o pewne małe podsumowanie porównawcze, analizując formę komunikacji, jaką prezentują niektóre osoby, kontaktujące się w kwestii dotyczącej zdrowia zwierząt. Pominę tym razem świadomie temat pozbywania się rasowych zwierząt, nabytych formalnie poprzez zakup z hodowli. Wystarczająco wiele razy podnosiłam kwestię, dotyczącą wszelkich aktywnych hodowli, więc tym razem skupię się na kotach, w obszarze których posiadam największe doświadczenie, a mianowicie zajmę się kotami rasy europejskiej, zwanymi potocznie dachowcami.

Działam od prawie 30 lat. Sterylizuję, adoptuję, edukuję. Skupiam się szczególnie na niesamodzielnych miotach, ale z takim samym zaangażowaniem podejmuję interwencje, dotyczące kotów powypadkowych, kalekich, przewlekle chorych.

W przypadku, kiedy pomoc dotyczy kota środowiskowego, do nikogo nie mogę mieć pretensji o jego stan zdrowia. Przyjmuję delikwenta i stawiam przed wszystkimi, czyli przed kliniką oraz lekarzem prowadzącym zadanie, które w wielu przypadkach jest wyzwaniem. Dokładnie taki schemat ma zbiorowy wysiłek kliniki, lekarki, opiekunki w domu tymczasowym oraz mój w finansowaniu całego przedsięwzięcia w przypadku Maluszka, przyjętego od karmicielki z okolic Kwiatkowic. Nie mam żalu do kobiety, która kierowana dobrą intencją odłowiła miot wraz z matką i skorzystała z pomocy Fundacji. Nie ingerowała w styl mojej pracy, nie omawiała decyzji, spokojnie, z zaufaniem przyjęła wszelkie postanowienia, które zostały podjęte w trakcie interwencji. Żadna z nas nie mogła przewidzieć, że kotka, która na miejsce założenia gniazda wybrała jej działkę, urodziła miot zainfekowany kilkoma rodzajami form pasożytów. Przyjęcie kociaków automatycznie na mnie, szefową Fundacji, nałożyło obowiązek leczenia.

Inaczej natomiast wygląda kwestia osób, które do tragicznego stanu zdrowia doprowadzają zwierzę, które w ich domu pojawiło się świadomie, w wyniku tradycyjnej adopcji. Abstrahuję od kogo i z jakich pobudek przyjęli pupila, interesuje mnie ciąg zdarzeń, które doprowadziły do choroby.

Profilaktyka eliminuje wszelkie problemy zdrowotne, wykluczyć można tylko różnorodne nowotwory. W tym przypadku doskonałym przykładem jest Iwan, który mimo prowadzonej systematycznie od piątego roku życia kontroli stanu zdrowia, pół roku po kompleksowym przeglądzie odszedł na raka trzustki.

Profilaktyka wyklucza rozwój choroby. Schemat szczepień ochronnych, typowych, uległ zmianie. Obecnie szczepimy kota raz na dwa lata, ale panel podstawowy morfologii i badanie moczu oraz kału do piątego roku życia kota powinniśmy wykonywać systematycznie raz w roku, mniej więcej o tej samej porze.

Wizyta kontrolna to nie tylko pobranie do analizy krwi, to również pomiar temperatury, sprawdzenia uszu oraz stanu uzębienia. Zęby są newralgicznym narządem u każdego ssaka. To nie tyko narzędzie do przetwarzania pokarmu, ale ich stan może być przyczyną stanu zapalnego w organizmie oraz powodem powstania przeróżnych infekcji. Chore zęby eliminują pacjenta operacyjnie. Żaden chirurg nie podejmie się wykonania zabiegu, jeśli pacjent ma chore lub zepsute zęby.

Są one przyczyną wielu groźnych chorób, których rozwój może zakończyć się zgonem pacjenta, a w przypadku zwierzęcia eutanazją.

Zwierzę, dokładnie tak jak człowiek, starzeje się. Jego organy w wyniku niedoborów lub zaburzenia wchłaniania wymagają wsparcia oraz poprawy kondycji pracy określonymi lekami lub suplementami. Kotom chorym na przewlekły koci katar podaje się preparaty wspierające ich odporność czyli biostymulanty. Koty geriatryczne z reguły chorują na stawy, mają zaburzoną pracę tarczycy lub serca, wówczas im także dobiera się terapię dwutorową, dedykowany dobrany do masy ciała lek oraz preparat wspomagający. Moja 26 letnia Zośka otrzymuje preparat, poprawiający kondycję stawów i dodatkowo lek na serce z racji małej niedomykalności zastawki, co jest typowym schorzeniem tej rasy.

Poruszam temat bolesny, trudny, drażliwy, wręcz wstydliwy, ponieważ w ostatnim roku nasiliła się szalenie liczba zgłoszeń z prośbą, a bywa i żądaniem, o opłatę za leczenie prywatnego kota.

Fundacja nie wykonuje takich usług. Nie ponosimy odpowiedzialności finansowej za zwierzęta, przyjęte z własnej woli. Ich wielość i różnorodność nie jest wyznacznikiem empatii, wręcz przeciwnie, nasuwa się wrażenie dość często u osób samotnych lub po traumatycznych przejściach, zaburzenia. Zjawisko to już dawno temu otrzymało nazwę zbieractwa, a w wielu przypadkach, które poznała Fundacja, zaczęło się oczywiście od empatii, ale w pewnym momencie nastąpiło przesilenie i osoba straciła kontrolę nad swoimi decyzjami.

Mnogość zwierząt w jednym ograniczonym środowisku zawsze jest ogniskiem zapalnym. Wymyka nam się spod kontroli nie tylko kwestia dobrego zaopiekowania zdrowotnego, ale z uwagi na ich liczbę, zapewnienia właściwej diety. Zwierzęta, starzejąc się, niedomagają. Opłaty za usługi weterynaryjne są dość wysokie. Jeden problem rodzi następny i tak powstaje już ich lawina.

Stadko kilkunastu kotów to znaczne wydatki. Obecnie już samo wejście do gabinetu to koszt zaczynający się kwotą 100-150 złotych. Do tego dolicza się koszty związane z diagnostyką oraz analizą pobranych preparatów. Właściwe zaopiekowanie pupilem nie sprowadza się tylko do postawienia pełnej miski oraz dbałości o czystość kuwety, to szereg czynności, które poprzez adopcję świadomy opiekun sam nakłada na swoje barki. Zwierzęta są pomysłowe. Potrafią zjeść guzik, połknąć gumkę lub małą zabawkę. Jeśli wydalą je samodzielnie to kwestia rozwiązuje się sama, ale w przypadku konieczności interwencji chirurga, z małej sprawy robią się ogromne koszty. Zawsze przed zabiegiem pacjenta przygotowuje się medycznie, czyli przeprowadza całą klasyczną procedurę przed znieczuleniem. Morfologia, USG, RTG. Żaden lekarz nie przystąpi do zabiegu bez wykonania szczegółowych badań. Nie po to kończył trudne studia, żeby narażać na szwank swoją zawodową karierę. Ludzie bywają różni. Znam to z autopsji. Sami doprowadzą do karygodnego stanu zaniedbania swoje ukochane zwierzę, a potem wypierają swoją winę, bo tak jest im zwyczajnie wygodniej. Rzeczywistości i faktów oczywistych się nie zmieni. One docierają do sumienia, ale z reguły zbyt późno. Internet sprawia, że zgłaszają się o pomoc osoby z całego kraju. Pomysły mają przeróżne. Generalnie żądania są nierealne. Nie opłacam faktur w klinikach, z którymi nie współpracuję ani w przypadkach, kiedy nie mam wpływu na jakość prowadzenia pacjenta. Fundacja to nie jest prywatny folwark ani instytucja, która zdejmuje z ludzi obowiązek opieki za istotę, którą wprowadzili świadomie do swojego domu. Kwestia zbyt dużej ilości zwierząt w domu zawsze, wcześniej czy później, staje się kosztownym kłopotem. Dziecku można wyperswadować dziwne pomysły, z dorosłą osobą jest niestety trudniej. Nie godzę się na przerzucanie na Fundację odpowiedzialności za decyzje, na które nie miała ona wpływu. Nie zmieni tego stanowiska agresja, złość ani żadne obelgi. Świadomość winy zaniedbania nie ukryje się za atakiem na Fundację ani próbą obciążenia osób trzecich. Książeczka zdrowia kota to dokument, w którym zawarte są informacje, które nie dokumentują wyłącznie działań weterynaryjnych, ale opisują również troskę jego opiekuna.