I znowu wyjątek

Tym razem będzie krótko, zresztą już kilka tygodni temu sygnalizowałam temat.

Łódź, okolice między Zarzewem a Starym Widzewem, bytuje tam od lat kilka zdziczałych psów. Rodzą się rzecz jasna i psie dzieci. Męskie szczeniaczki mają wzięcie, gorzej z suniami, na nie jest znacznie mniej chętnych. Barierą jest koszt sterylizacji oraz wizja wychodzenia z suką na spacer w towarzystwie adoratorów, kiedy akurat nastaje czas rui.

Czytaj dalej

Ofiary pseudohodowli

Hodowcy i pseudohodowcy od lat powierzają mi swoje niechciane już koty.
Powód jest banalny: pieniądze.
Kiedy nie są zdolne, by rodzić czy być reproduktorem, kiedy chorują bądź sprawiają kłopoty, dziwnym trafem ich właściciele – świadomie nie używam słowa opiekun – znajdują do mnie drogę.

Czytaj dalej

Jak co roku

Od prawie 20 lat przypominam: marzec, miesiąc kocich amorów, dobiegł końca. Zima była łagodna i ciepła, więc już mam sygnały o pierwszych kocich miotach. Marazm urzędniczy i administracyjny nie jest sprzymierzeńcem moich marzeń, ale w trosce o los tych już urodzonych apeluję do opiekunów: skoro już są na tym świecie, nie róbcie im proszę żadnej krzywdy, ochrońcie kocią matkę i jej dzieci, otoczcie opieką, pozwólcie wychować bezpiecznie.

Dam, jeśli trzeba, budę, pomogę z adopcją małych, matkę zabezpieczę fundacyjnie albo w ramach działającego wreszcie programu.

Proszę zapisać datę narodzin, zgłosić potrzebę adopcji do Moniki lub Maryli, stanąć w kociej kolejce do przyjęcia, telefony podane są na stronie internetowej Kociej Mamy, a Ania przypomina je nieustannie na fanpejdżu.

Za pięć tygodni ponownie proszę o kontakt z wolontariuszkami, wdrożymy procedury adopcyjne.

Czytaj dalej

Smutny apel

Apel tym razem krótki, do wszystkich, którym odszedł kot. Wiem, że to najgorsze sytuacje, nie każdy umie dźwignąć ich ciężar, ale przyjmując pod dach zwierzę, musimy mieć świadomość, że kiedyś, prędzej czy później spadnie na nas nieuchronność, której nie jesteśmy w stanie odsunąć.

Czytaj dalej

Raz nawiązany kontakt

Poznałyśmy się jakiś rok temu podczas typowej niby interwencji. Pani otrzymała roboczy przydomek „Ta, od Devownów”, żeby w komunikacji fundacyjnej każdy wiedział o kim rozmawiamy. Nie będę wracać do przeszłości, swój cel osiągnęłam: kocura-dziecioroba, starego, brzydkiego Devona pani wykastrowała u Małgorzaty, wolałam mieć na 100 % pewność, że dotrzyma obietnicy. Zabrałam wszystkie niechciane kocięta. Te, po które mimo znamion rasy nikt się nie ustawiał w adopcyjnej kolejce.
Zgodnie z tym co powiedziałam, o losie przekazanych kotów pani dowiadywała się ze strony internetowej Fundacji. Nie piętnowałam, nie dawałam bulwersujących wpisów na fejsie, rzeczowo i chłodno informowałam o tym co się z kociakami dzieje. „Miłość” do rasy i chęć łatwej kasy spowodowały dramat, który najwidoczniej przerósł panią.

Czytaj dalej

Kłopotliwe sytuacje

Środek zimy, rogatki miasta, kwartał domków jednorodzinnych. Pewnego dnia w żywopłocie pojawił się kot.

Siedział dzień i drugi, w trzecim mieszkańcy domu wystawili mu miskę i zadzwonili do Fundacji.  Maryla poradziła to, co zawsze w podobnych sytuacjach: zabrać do domu, nakarmić, pozwolić się kotu wyspać a nam dać czas na zastanowienie.

Czytaj dalej

Czarny Tulipan na Walentynki

Czwartkowy poranek. Od tygodnia siedziałam chora w domu, kiedy zadzwoniła Magda:
– Przepraszam, wiem, że jesteś chora…
– Nie przepraszaj – mój głos przypominał coś pomiędzy skrzekiem żaby a odgłosem pracującej piły.
– Przestań, bo mi bębenki pękną!
– To jak mam gadać? Na migi?
– Ty to potrafisz się urządzić – stwierdziła z podziwem. – Specjalnie to robisz czy co?
– Stresy mi wychodzą a i taka pora, tradycyjnie żegnam zimę.
– Dobrze, że umiesz sobie wytłumaczyć.
– A mam inne wyjście? Madzia, ale o zdrowie to ty mnie pytałaś wczoraj więc biorąc pod uwagę upływ czasu, o co się rozchodzi? Kot  jakiś czy nasze interesy?
Czytaj dalej

Historia pewnej babki

Kilka tygodni temu, jakoś przed wieczorem, do lecznicy weszła kobieta w wieku na oko lat 70. Na stole postawiła koszyk mówiąc: „Proszę ją uśpić, nie daję rady opiekować się nią i ponad 90 letnią matką. Mam swoje lata, a ona – wskazała kotkę – już się nażyła. Ma prawie 20 lat, jest ślepa, dotąd była wychodzącą, cud, że pod auto nie wpadła, nie byłoby kłopotu.”

Czytaj dalej

Działania towarzyszące

– W tym roku jedziemy na Bardowskiego bardziej roboczo w temacie KotoManii niż edukacyjnie – tłumaczyłam Gosi.

Ubiegły rok był dobry pod jednym względem, otóż dołączyły do Fundacji osoby świadome własnych potrzeb odnośnie aktywności społecznej. W sumie nie przeprowadziłam ani jednej nietrafionej weryfikacji bowiem ci, którzy pojawili się na rozmowie, byli już wstępnie uprzedzeni odnośnie trybu pracy, panujących zasad, moich obowiązków wobec wolontariuszek ale i stawianych im wymagań.
Czytaj dalej