Bo kot się zepsuł!

Wtorek jakoś przed godziną 19 w czasie mojego dyżuru odebrałam telefon.
– Jakie są zasady przyjęcia kota do Fundacji? – osoba zadająca pytanie sprawiała wrażenie takiej, co to do trzech nie potrafi zliczyć, jakby była nieporadna, zagubiona, przytłoczona sytuacją, która na nią spadła.
– W czym mogę pomóc? Proszę opisać problem.
– Mam kota, brytyjczka niebieskiego, 5 lat i od pewnego czasu go leczę, chcę przekazać Fundacji, bo koszty z tym związane przekraczają moje możliwości finansowe.
Momentalnie stałam się czujna.
– A co mu dolega? W jakiej lecznicy pani kota leczy? Jakie były zrobione badania i analizy?
– Morfologia i USG, kot jest pod opieką Lecznicy Żyrafa, ma kamienie w pęcherzu, konieczna jest operacja. Kwota, którą usłyszałam, przeraziła mnie, mam syna na wychowaniu, jestem samotną matką…
Zanim zalała mnie fala pani problemów, przerwałam dość radykalnie. Rozmawiając analizowałam informacje: czynności dotąd wykonane w związku z chorobą kota, to nie powód do bankructwa…

Czytaj dalej

Udany rekonesans

Oby takich interwencji więcej, oby więcej takich fajnych ludzi.

Pani lat 86, syn kociarz też już nie młodzian i córka wspierająca ich działania mieszkająca w Otwocku. Teofilów. Opuszczone działki pracownicze nieopodal ulicy Judyma. Tradycyjnie okociły się te, które miały być kocurami. Automatycznie zrodził się problem, bo nieopodal mieszka miłośnik i hodowca gołębi. Matki buszują na razie w chaszczach i krzakach, ale lada moment cała gromada zacznie się uczyć polować. Chcąc uniknąć dramatu, kociarze udali się po pomoc do najbliższej lecznicy. Otrzymali namiar na Fundację.

Czytaj dalej

Powroty

– Nie będzie mnie ponad tydzień – zameldowała Maryla- komu przekazać interwencję sprzed chwili? Dostałam sms od naszej wolontariuszki, która  sygnalizuje, że jest dość kłopotliwa sytuacja na Widzewie i pyta do kogo przekierować.
– Przeczytaj – poprosiłam.
Czytaj dalej

Piątek – weekendu początek

W piątek dość późnym wieczorem Maryla raportowała:
– Jest zgłoszenie z Kutna, działaczka psiej fundacji, na drodze obok jej domu zaparkował pan w pięknym aucie, wypalił papierosa i odjechał.
– Co w tym dziwnego? – zapytałam lekko zirytowana, że o tej porze jeszcze mnie niepokoi – Ludzie różne mają nałogi, nie popieram, ale nie będę też za to wieszać, znam gorsze uzależnienia.
– Ale, posłuchaj – kompletnie nie zrażona kontynuowała – Pan odjechał, ale na miejscu została gruba jak beczka kotna kotka. Pani pyta czy pomożemy, ona robi w psach, ma pomysł, że nawet kotkę sobie zostawi, ale co z małymi? Wszyscy doradzają eutanazję!
– To podłe! To paskud!!! – wyrwało mi się pod adresem pana, momentalnie odeszła ochota na sen. – Mówisz, że Pani się waha, to dobry sygnał.
-No nie wiem czy się waha…
-Jakby było inaczej nie odebrałabyś telefonu, ma dylemat skoro prosi o pomoc. Poczekajmy aż kotka się okoci.
– Są trzy, sprawa zamknięta o dziewiątej rano zawiezione do uśpienia, pani nie może zaopiekować się całą rodziną.
– O nie! Maryla dzwoń i mów, że zabieram pakiet, matkę i smarki.
– Pani się zastanawia. Musi przedyskutować z mężem.
– O czym tu rozprawiać? Mogę natychmiast przyjąć, teraz kiedy już urodziła zabierać dzieci to szczególne okrucieństwo.

Czytaj dalej

Pewne zasady się nie zmieniają!

Od zawsze otaczałam troską małe, nieporadne smarki. Nigdy nie wydałam zgody na eutanazję kocich dzieci, które z biegiem czasu w myśl Ustawy zaczęło określać jako „ślepe mioty”. Dla mnie życie każdego kota jest, było i nadal będzie bezcenne. Powstało nawet fundacyjne hasło: liczy się każdy kot bez wyjątku, zdrowy, chory, nawet ślepy czy niedowidzący.

Czytaj dalej

Dla równowagi

Pan Krzykacz dość mocno podniósł adrenalinę mnie, Monice i Renacie, ale jeśli mam być szczera, to tego rodzaju interwencje dzieją się raczej sporadycznie. Na szczęście.

Wiosną rodzą się kocie dzieci. To normalna sytuacja. Nie ma takiej opcji, by nawet przy solidnej aktywności Fundacji i opiekunów, zabezpieczyć wszelkie wolno bytujące zwierzaki, ponieważ o ile przy rozsądnej współpracy karmicieli możemy wyeliminować narodziny niechcianych kociąt, o tyle mając świadomość rodzaju „pracy” pana Krzykacza, długie lata służby jeszcze przed nami.

Czytaj dalej

Historia pewnej interwencji

Zima w tym roku była bardzo łagodna. Wiosna szybko wykonała swoją robotę, wcześnie zazieleniły się w parkach trawniki, zakwitły tulipany, konwalie i bzy. Z niepokojem pytałam wolontariuszki działające w kontakcie: „Jak tam moje drogie interwencje? Są jakieś trudne zgłoszenia?”
Monika z Marylą zaprzeczały niezmiennie: „Nic się szczególnego nie dzieje…” Wiedziały o co pytam…

Zawsze o tej porze ciepłe puchate czapki szły już w ruch, zastępując sierotkom matki, już były małe kocie smarki w naszych domach, już byłyśmy urobione po pachy.
Siedziały same albo z matkami, różnie, w zależności od okoliczności i sytuacji.

Czytaj dalej

Obiecanki cacanki

Myślałam, że tym razem będzie inaczej, że mogę zaufać danej obietnicy, że bycie pedagogiem w pewnym stopniu zobowiązuje do odpowiedzialności za słowa. Znam nauczycieli, którzy łączą dwa zadania: przekazywanie wiedzy ale i kształtowane charakteru młodego człowieka. Ja sama bynajmniej mam to szczęście, że kilku nauczycieli nadal, mimo upływu lat, jest dla mnie niepodważalnym autorytetem nie tylko w dziedzinie przedmiotu który wykładali.

W tej sytuacji jednak rozczarowałam się. Pani zwróciła się do Fundacji z polecenia, myślałam, że to ją w pewien sposób zobowiąże, ale jak widać nadal muszę kalkulować, że ludzie mamią ofertą pomocy, a po kilku dniach, kiedy przyjmę zwierzaka, nagle zapominają o deklaracjach, których nikt ich od nich nie oczekiwał.

Czytaj dalej