trochę goryczy

Kreatywność to w obecnych czasach umiejętność, która szalenie pomaga mi w pracy. Nie wykorzystuję jej przy prowadzeniu klasycznych interwencji, ponieważ w tych przypadkach schemat działania zawsze jest dokładnie opisany i tylko od zaangażowania dzwoniącego zależy jej przebieg i zakończenie.

Opiekun, który współpracuje, otrzymuje na tacy pierwszą formę pomocową, a jest nią niezbędny do odłowu sprzęt oraz wskazanie kliniki, do której delikwenta lub pakiet przewiezie. Będąc ostatnio na krótkim urlopie, poprowadziłam skutecznie kilka akcji, mimo iż osobiście nie mogłam ich monitorować. Sukces był zasługą osoby, która uważnie przyswoiła moje słowa i zastosowała je bez zbędnego wymądrzania. Powtarzam niezmiennie. Mając doświadczenie w prowadzeniu interwencji, zawsze po krótkim wywiadzie wybieram i podsuwam opcję najbardziej właściwą do danych okoliczności. Kłopot zaczyna się w chwili, kiedy osoba komunikująca się nie jest, mówiąc delikatnie, ze mną szczera. Fałsz w głosie, niepewność, wahanie przed odpowiedzią na proste pytanie są jasnym dowodem na szukanie w głowie wyjaśnienia, które nie postawi jej w złym świetle. A przecież, żeby mnie do siebie nie zrażać, wystarczy przekazać rzeczowo suche fakty. Nie jesteśmy od hejtu, od oceny, od wymierzania kary. Gdyby nie była konieczna pomoc Fundacji, nikt by się do nas nie zwracał. My jesteśmy od sytuacji wyjątkowych, trudnych, takich, w których przeciętny znalazca kota nie ma pojęcia jak dalej postąpić.

Gdyby nie było konieczności czy potrzeby uruchamiać linii awaryjnej w typie telefonu zaufania, nie dokładałabym obowiązków sobie ani wytypowanym wolontariuszom. Ludzie nie rozumieją prostej zasady. My nie jesteśmy towarzystwem wzajemnej adoracji. Zebraliśmy się w grupę, żeby kotom pomagać, a nie ględzić bez sensu o kwestiach, które od kocich tematów są bardzo odległe. Nie jestem wylewna, nigdy nie byłam. Jestem zadaniowa i moim obowiązkiem jest być dobrą szefową, taką, która zapewni Fundacji spokojne działanie. Do moich zadań należy odpowiadanie na skargi, a także zażalenia, usuwanie problemów, kłopotów dnia codziennego, wynikających z okoliczności lub nieprzewidzianych zdarzeń, modelowanie pracą i nadzór nad przyjmowaniem. Nie mam ani ochoty, ani potrzeby wysłuchiwać rozterek egzystencjalnych. Każdy jest odpowiedzialny za swoją prywatną przestrzeń oraz formę komunikacji z ludźmi, których spotyka codziennie. Nie prowadzę warsztatów ani terapii dla osób mających małe poczucie własnej wartości, a takich niestety coraz więcej do mnie trafia przy okazji kociego problemu. Zaczyna się niewinnie, od prośby o pomoc, podpowiedź lub wsparcie. Kiedy staram się być miła, natychmiast awansuję do roli spowiednika. Nie mam na takie pomysły czasu. Od lat apeluję, nie opowiadajcie mi proszę historii swojego życia. Rozumiem, że anonimowość ośmiela, sprawia, że stajemy się bardziej wylewni, ale niestety przy tej okazji naprawiamy swoje emocjonalne mankamenty, bo nie wszystko, co mówimy, dokonało się faktycznie. Klasyfikuję te wypowiedzi automatycznie. Każdy, kto przy okazji zgłoszenia się o pomoc, opowiada zbyt wiele, deklaruje zbyt mocno, zwykle przy pierwszej kontrowersyjnej okoliczności sięga do brzydkiej cechy, jaką jest oszczerstwo, kłamstwo lub, co dla mnie jest emocją najsłabszą, schowanie głowy w piasek.

Formę sms-a opiekunowie obecnie częściej wybierają, by obrazić, postraszyć, opluć, znieważyć. Takie są niestety fakty. Wszystkie te przysłane wiadomości tkwią nieusunięte w moim telefonie. Nie wprowadzam procedur, bo nie mam ochoty paprać się w tych brudach. Koty, mimo wyzwisk, są pod opieką Fundacji, a skoro osoby, które je przekazały, nie potrafią spojrzeć w faktyczne, rzeczywiste okoliczności, ze swoją frustracją muszą się udać do specjalisty, który pomoże uspokoić ich rozchwiane nastroje.

Reasumując ostatnie dwa tygodnie, pracy mi nie brakowało. Kolorowe mioty przyjechały do Fundacji z dwóch różnych miejsc, aczkolwiek oba mają oczy w dosłownie opłakanym stanie. W chwili obecnej dobrą wiadomością jest ta, że mioty zaopiekowane zostały z matkami. Dwa mioty, które przyjęłam, są w dobrej kondycji, chociaż było drobne przekłamanie odnośnie wieku.

Na chwilę obecną nie jesteśmy sparaliżowane przyjętymi maluszkami. Te butelkowe zdrowo rosną, a wszystkie, które tylko pokażemy, natychmiast rozchwytywane są do adopcji. Tak, jak już kiedyś wspomniałam, kociaków nie rezerwujemy osobom nieznanym ludziom Fundacji.

Mamy swoje zasady, procedury, schematy i to one modelują rytm pracy.

Myślę, że wszyscy którzy w naganny sposób komunikują się z Fundacją, zapomnieli o jednym prostym fakcie, my nie jesteśmy jedną z wielu organizacji działających na rzecz zwierząt, my jesteśmy tą, która nie wpisuje się w żaden typowy, klasyczny szablon. Nie odmawiamy pomocy kotom z innych miejscowości. Przykre jest zachowanie, że najpierw z pomocy korzystają, a potem natychmiast o wyciągniętej dłoni zapominają.

Jak zwykle w takich trudnych sytuacjach, targa mną dylemat: pomagać czy odsyłać do lokalnych organizacji. Ale tuż za tą myślą nasuwa się kolejna: Skoro się do Kociej Mamy zgłosili, znaczy niezbicie, że inne fundacje odmówiły….

I tak decyzja może być tylko jedna. Pomagamy kotom i zamykamy ten rozdział, targani w takiej samej mierze radością z powodzenia akcji, jak i niesmakiem po przykrej komunikacji.