Edukacja kocia łączy w sobie wiele elementów, o których osoby pracujące na tak zwanym etacie nie mają kompletnie pojęcia. One, idąc do pracy, mają wbrew pozorom łatwe zadanie. Wiedzą, jaki jest zakres obowiązków i tylko od ich nastroju i inwencji zależy, czy wyjdą poza określoną ramówkę. My natomiast zawsze, ruszając na spotkanie, czujemy się tak, jakbyśmy szykowały się do gry w rosyjską ruletkę. Kiedy jedziemy pierwszy raz z wizytą, nie mamy żadnej pewności, że do danej placówki wrócimy ponownie. To, że wszyscy biorący udział w projekcie mają dobre intencje, nie oznacza wcale, że każde spotkanie zakończy się dla obu stron sukcesem. Logistyka zbiórkowa oraz wrażenie o sprawności prowadzonej akcji inaczej są postrzegane przez organizatorów, a kompletnie inaczej przez osoby prowadzące wykłady. Kiedyś wpadłam na karkołomny i dość kontrowersyjny pomysł, żeby przed datą spotkania prosić o przesłanie zdjęcia zebranej karmy. Mam świadomość, że taka prośba może być odebrana rozmaicie, jednak po raz kolejny rzeczywistość potwierdziła, że moja z pozoru dziwaczna fanaberia ma uzasadnione przyczyny. Zawsze na wizyty jedziemy nastawione pozytywnie. Towarzyszą nam koty. Zabieramy fajne dla dzieci prezenty. To, że wszyscy witają nas serdecznie, tworzy oczywiście miłą atmosferę, ale na tym poziomie aktywności dla mnie, szefowej Fundacji, liczą się przede wszystkim efekty przeprowadzonej zbiórki. Zbyt wiele prowadzimy różnorodnych projektów, żeby tracić czas i energię na spotkania oczywiście miłe, ale dla nas absorbujące, bez właściwych korzyści.
Edukację prowadzimy od prawie 20 lat. Zaproszenie przyjmowałyśmy w odległości 50 km od Łodzi. Do Szadku, Piotrkowa, Zgierza czy Ozorkowa, każde zajęcia to była mała wyprawa. Najgorzej wspominam wykłady w Szadku. Tam społeczeństwo było tak mało aktywne, że działającym wówczas domom tymczasowym musiałam z siedziby wozić kocią karmę. Filie w Tomaszowie, Piotrkowie i Szadku traktowały Kocią Mamę w kategorii dawcy, który ma zapewnić im spokojną pracę. Kiedy je zamknęłam, przede wszystkim odetchnęłam. Nie mam w naturze roztrząsania nieustannego wydarzeń z przeszłości, więc przemilczę resztę wniosków, które utwierdziły mnie w przekonaniu, że pomysł z filiami nie był z cyklu udanych.
Wracając do podróżowania po okolicy z wykładami. Jest to temat delikatny, więc postaram się przekazać stanowisko Fundacji, pokazując wszystkie aspekty, które składają się na ogólny wynik podsumowujący wizytę.
Po pierwsze, decydując się na spotkanie wyjazdowe, dla nas, czyli Fundacji, to spotkanie, mówiąc brutalnie, musi się zwyczajnie opłacać. I z tym wnioskiem nie można w żaden sposób polemizować, mając jako wykładnik pracy wytyczne zapisane w Statucie.
Fundacja Kocia Mama gromadzi zasoby nie na prowadzenie spotkań towarzyskich, a na zapewnienie leczenia i opieki kotom środowiskowym. Był i jest to priorytet najważniejszy, stanowiący główny cel, motyw oraz misję przewodnią wolontariackiej pracy.
Edukacja jest projektem pobocznym, mającym za cel kształtować świadomość, promować wolontariat oraz postawę empatyczną wobec wszystkich zwierząt, nie tylko kotów.
Rezultatem szeroko rozumianej edukacji jest nie tylko kształtowanie poglądów, podnoszenie wiedzy czy promowanie pozytywnych relacji w grupie, ale pozyskanie zasobów wspierających codzienną pracę, a nimi są wszystkie produkty wymienione na liście, która pomaga przeprowadzić zbiórkę.
Przełożenie jest proste. Odwiedzając placówkę, w której jest pięć grup, a każda z nich liczy około 20 dzieci i gdyby każde przyniosło dary za, powiedzmy, przysłowiowe 10 zł, to Fundacja otrzymałaby wsparcie w kwocie 1000 złotych. Nie jest to wynik zawrotny, ale jakiś sensowny. Nie raz już apelowałam do organizatorów akcji, do opiekunek grup czy klas oraz samych rodziców o poważne i solidne zaangażowanie się w zbiórkę, dedykowaną naszym podopiecznym. Efekt jest raczej mizerny. Nadal pokutuje wygodne przekonanie, że każda organizacja, działająca w trybie non profit, jest przez budżet miejski dotowana. Nie mam siły nieustannie wyprowadzać chowających się za to wygodne przekonanie z błędu. Czasem mam wrażenie, że nasze społeczeństwo cierpi na rozdwojenie nie tylko jaźni, ale także umiejętności poruszania się w internecie, żeby uzyskać wiadomości ogólnodostępne.
Analizując globalnie przeprowadzone w ostatnim czasie prelekcje, nasuwa się kilka dość rozbieżnych wniosków. Są placówki, które zawsze trzymają ten sam poziom, zarówno komunikacji z ludźmi Fundacji podczas wizyty, jak aktywności w promocji i reklamie akcji zbiórkowej. Są też takie, które pomimo dobrych intencji, jakoś nie potrafią wykazać się fajnym rezultatem. Nie zależy to w żadnej mierze od miejsca pracy. Nie mam wiedzy, czy problem związany jest z sympatią do organizacji, ograniczonych zasobów budżetowych rodziny, czy w stylu prowadzenia akcji promującej.
Każde zajęcia Kociej Mamy są inspiracją do poruszenia zagadnień, które nas zwyczajnie także nurtują i trapią. Mając świadomość obowiązków, które wykonują wolontariusze, ich zabiegania i zadań wynikających z wolontariatu, moim najważniejszym celem jest zapewnienie komfortu pracy w Kociej Mamie. Satysfakcja jest nieocenionym stymulatorem, zadowolenie przekuwa się na emocje i energię, apatia odbiera inwencję i motywację. Myślę, że warto, żeby o tych aspektach pamiętały osoby oczekujące na przybycie kotów. One same się nie dostarczą na miejsce, ani też nie zamiauczą z wyrzutem, nie drapną pazurkiem i nie skarcą, ale my w ich imieniu oczywiście możemy przekazać swoje drobne uwagi.
Tym razem byłyśmy z Natalią w Zgierzu, na samym końcu miasta w sumie. Pracowała Kobra, sfinksica i ragdoll Laluś. Oba koty zjawiskowe, bajkowe, nietypowe. Oba grzeczne, miłe, aktywne. Spotkanie upłynęło w serdecznej atmosferze. Dzieci, rzecz jasna, były przeszczęśliwe, nauczycielki także, szalenie miło i serdecznie przyjęła nas pani dyrektor. Kociary empatyczne, pomocne, współpracujące. Odnośnie zbiórki karmy powiem dyplomatycznie, że mogło być więcej, ale mając na uwadze, że to było nasze pierwsze spotkanie, damy tej społeczności jeszcze jedną szansę.
Organizacje nie prowadzą edukacji, bo zwyczajnie nie mają takiej mocy sprawczej. Nikt nie wyda pieniędzy na paliwo, żeby tylko komuś zapewnić fajną atrakcję. Niestety fundacje w obecnych czasach borykają się z kłopotami finansowymi, więc warto docenić, że Kocia Mama nadal pełni misję, którą inni już dawno zarzucili.





