jakość rozmowy, wartość pomocy

Chciałoby się rzec, że fama, która krąży po mieście, czyni tyle samo dobrego, co złego w świadomości osób, którym z pozoru na sercu leży koci los. Są stałe zasady, które nigdy nie ulegną modyfikacji, ponieważ obowiązujące normy zostały przetestowane, sprawdzone i jak potwierdziła praktyka, są najlepszą opcją w drodze do zmiany jakości życia kota.

Mruczki trafiają do nas zewsząd. W myśl powiedzenia, że koty nie mają rejestracji na ogonie, przyjmujemy je z różnych miejsc w kraju. Zawsze narracja jest ta sama. O aktywność, o współpracę prosimy osoby, które zwracają się z apelem o podjęcie interwencji.

Koty wymagające pomocy dzielimy zasadniczo na dwie grupy, te niczyje, bytujące w środowisku oraz właścicielskie. Jest jednak jeszcze trzecia grupa, do niej kwalifikują się te, które przebywają pod opieką innej organizacji, ale z braku środków lub pomysłu na terapię, zgłaszane są do Kociej Mamy. Nasza moc sprawcza oraz kompetencja działających z nami weterynarzy, mają już wypracowaną renomę, nie tylko lokalnie. Na konsultację diagnostyczną przyjeżdżają koty z tak odległych, dużych aglomeracji, jak Warszawa, Poznań czy Kraków.

Nasze koty, o ile mogą, ratują życie innych, nie dzieląc pod kątem statusu społecznego, czyli środowiskowy bądź właścicielski.

Interwencje wszystkie są proste. Prowadząc przez lata przeróżne akcje pomocowe, mam nie tylko doświadczenie, ale skuteczne rozwiązania, adekwatne do kociego, aktualnego sezonu.

Ten rok jest inny, a to z powodu okoliczności od nas, wolontariuszy, niezależnych, czyli sytuacji rodzinnych, zawodowych oraz stanu zdrowia. O ile stan Gosi jest dla wszystkich radością, ponieważ oczekujemy kolejnego fundacyjnego dziecka, o tyle atrakcje zdrowotne szefowej zaburzają normalny cykl pracy. Nie wynika to z nonszalancji czy wielkopańskich odruchów, a z prozy życia związanej z prowadzeniem i funkcjonowaniem Fundacji. Zbyt wiele wątków zadaniowych ma swój początek i koniec w przestrzeni, w której mieści się siedziba, a tryb pełnienia wolontariatu narzuca rozwiązania, wymagające osobistej aktywności szefowej. Te reguły są przepracowane, sprawdzone i świetnie w normalnych warunkach sprawdzają się w życiu codziennym Fundacji, a na stany wyjątkowe zawsze mamy gotowy plan awaryjny. Wtedy większość obowiązków przejmują wolontariuszki, mieszkające nieopodal, świetnie się odnajdujące w tematach, wymagających zastępstwa.

Interwencje, dotyczące kotów bytujących w środowisku, są w zasadzie najprostsze. Podczas rozmowy omawiane są wszelkie szczegóły, czyli stan socjalizacji, komunikacja z człowiekiem oraz potrzeby weterynaryjne, czyli określenie jakości usług. Najczęściej zgłaszane są kocie osobniki do zabiegów eliminujących rozmnażanie lub te, które mają urazy powypadkowe. Rzadko trafiają się operacje internistyczne, ponieważ w środowisku koty nie są diagnozowane i wszelkiego rodzaju zaburzenia pracy narządów wewnętrznych z reguły kończą się śmiercią. O ile koty kardiologiczne, tarczycowe, czy w łagodnej fazie niewydolności nerek, mają szansę na życie w komforcie, bez bólu, o tyle te bytujące wolno, bez odpowiedniego wsparcia farmakologicznego, szybko dokonują żywota. Jest to od wieków metoda selekcji naturalnej, która dotyczy zwierząt wszystkich gatunków na całej ziemi. Pewne sytuacje i okoliczności dokonują się poza naszą mocą pomocową i to zjawisko jest swego rodzaju stymulatorem regulacji naturalnej ogólnej populacji zwierząt. Człowiek ingeruje w te przestrzenie, które są dla jego działań dostępne, tam gdzie jest bezsilny, regulacji dokonuje natura. Z tym rozwiązaniem należy się pogodzić, ponieważ w przeciwnym wypadku wszelkie aktywności mogą zaburzyć naturalny cykl egzystencji. Z pomysłami innych organizacji na zaprojektowanie życia kotom środowiskowym nie mamy zamiaru walczyć, nawet nie podejmujemy się ich komentować. Wszelkie utopijne aktywności generalnie umierają śmiercią naturalną, ponieważ z reguły na wprowadzenie ich w życie brakuje środków finansowych oraz akceptacji ludzi na co dzień opiekujących się wolno bytującym stadem.

Fundacja Kocia Mama od lat stoi na stanowisku, iż nie pełni roli parasola ochronnego dla innych organizacji, działających pod szyldem stowarzyszeń bądź fundacji. Mimo upływu lat i ogromu wykonanej pracy, nie udało się w przestrzeni prozwierzęcej zawiązać skutecznie działających sojuszy na zasadzie partnerstwa, bez szkodliwej dla wizerunku ogólnego rywalizacji. Powód ten jest dostatecznie mocny, żeby unikać jakichkolwiek kontaktów typu związek czy konsorcjum. Kocia Mama sama decyduje, na jakie działania przeznacza pozyskane przez wolontariuszy zyski.

Brak indywidualnej odpowiedzialności finansowej ma destrukcyjny wpływ na jakość pracy każdej organizacji, bez wchodzenia w szczegóły administracyjne, określające jej funkcjonowanie.

Pragnę się odnieść do kilku zgłoszeń ostatnich tygodni. Wszystkie dotyczą, oczywiście, zaopiekowania się mruczkami.

Pierwsza, najlepsza, dotyczy kotów z terenu miasta, z okolicy, która jest Fundacji znana, a niemoc interwencyjna wynikała z braku współpracy z karmicielami kotów, którzy wręcz zasłynęli z utrudniania odłowu ich do eliminacji rozmnażania. Koniec zimy był mroźny, mimo to kobieta zgłosiła się po stosowny sprzęt, otrzymała wsparcie Fundacji i ruszyła do akcji. W tym momencie jesteśmy na półmetku, zabezpieczone zostało siedem osobników, jedna kotka znalazła dom, a opieszali opiekunowie, skupieni bardziej na swoim zdrowiu, mniej przeszkadzali w prowadzeniu akcji.

Stan na dziś jest zadowalający. W tym momencie nastąpiła przerwa, żeby uspokoić resztę stada. Za dwa tygodnie ponownie postawimy klatki łapki i zakończymy pracę. Minęły trzy lata, odkąd pierwszy raz usłyszałam o tym miejscu bytowania kotów. Źle mi się ono kojarzy, bo przez upór opiekunów długo nie mogłyśmy opanować niepotrzebnego rozmnażania. Teraz czas zapracował na naszą korzyść.

Drugi koci incydent dotyczył kocich podrostków, mieszkających gdzieś między Łodzią a Radomskiem, na wsi u starszej kobiety. Młoda dziewczyna w trosce nie tyle o los kociaków, a budżet domowy opiekującej się stadem babci, prosiła o przyjecie dwóch młodych kotek. Zaproponowałam pomoc, ale nie taką, jakiej oczekiwała dzwoniąca. Jedyną formą pomocy i współpracy był transport z miejsca zamieszkania do tego, które wskaże organizacja. O kosztach, związanych z wizytą w klinice, o tymczasowej aktywności nie było mowy, wręcz opór i wyrzut, że inna fundacja, z którą się już wcześniej kontaktowała, zaproponowała inną, lepszą opcję pomocową, a mianowicie sterylizację za dwa miesiące. Ręce mi opadły. Nie mam kotów do adopcji, więc pomagam tym, którzy się zgłaszają w tej kwestii. Odmowa skorzystania z mojej oferty jest świadectwem nie tyle braku społecznej świadomości, ale troski o los kotów, które rozmnożyła starsza kobieta mieszkająca na wsi. Ona może mieć inną niż młodzi mentalność. Wiek, środowisko, przesądy, to są czynniki, które mają największy wpływ na podejmowane decyzje. Pewnych przyzwyczajeń nie zmienimy, tym bardziej u seniorów. Wnuczka zaprojektowała życie kotom, a babci wydatki, a przecież scenariusz inaczej by wyglądał, gdyby tylko przyjęła moje warunki.

Złe wybory i nieprzemyślane decyzje zawsze się mszczą. Rozwiązania odłożone w czasie bywają kłopotliwe z korzystną dla zainteresowanych realizacją. Mam nadzieję, że organizacja, która obiecała bezpłatne sterylizacje, dotrzyma obietnicy, bo w przeciwnym wypadku na podwórku okocą się nie jedna, a trzy kocice.

Ostatnia opowieść jest przykra, bo dotyczy świadomego kupowania zwierząt w hodowlach, a kiedy one sprawiają kłopoty, oczekuje się od fundacji, że przejmie za nie wszelką odpowiedzialność. Oczywiście, zawsze najważniejszą intencją jest dobro zwierzaka, spokój w rodzinie i eliminacja wszelkich sytuacji konfliktowych. Fundacja przeważnie przejmuje koty, które się „zepsuły”, a z powodu konieczności przeprowadzenia kosztownej operacji zgłoszone zostały do eutanazji oraz te, które ewidentnie nie chcą mieszkać ze swoimi dotychczasowymi opiekunami. Zawsze schemat jest taki sam, wszelka diagnostyka przed zrzeczeniem lub przekazaniem kota- co brzmi cieplej- jest po stronie właściciela. Fundacja przejmuje finansowanie dopiero po zmianie statusu kota. Nie wyręczamy właścicieli z ich obowiązków ani też nie przejmujemy czynności, które muszą wykonać na zlecenie Kociej Mamy. Przy tej okazji, zasugeruję wszystkim, którzy noszą się z zamiarem zakupu kota w hodowli, wyboru takowej po wnikliwej obserwacji aktywności i formy jej pracy. Nie każdy przestrzega regulaminu i jakości krycia, co przekłada się na stan zdrowia przychodzących na świat miotów.

Przed zakupem kota rasowego, powinno się poznać nie tylko wymogi dietetyczne i pielęgnacyjne, ale przede wszystkim defekty, które charakteryzują te koty. Każda rasa sztucznie modyfikowana ma niestety trwałe zaburzenia, których oczywiście można uniknąć lub je zminimalizować poprzez wcześnie wprowadzoną, przestrzeganą profilaktykę.

Trzy opowieści różniące się tematycznie, jednak wszystkie mają wspólny mianownik, nawiązujący do tytułu całości. Jakość rozmowy prowadzonej podczas rutynowych, klasycznych dyżurów przekuwa się na wartość dalszego bytowania.