Hojność

Dary rzeczowe pozyskujemy w przeróżny sposób, generalnie przy okazji dwóch najczęściej występujących okoliczności, jednej radosnej, kiedy wymieniane są kocie akcesoria na nowe modele lub w przypadku odejścia ukochanego pupila za Tęczowy Most.

Rozumiem doskonale obie sytuacje i pomimo dramatyzmu i tragizmu jednej z nich, szanuję decyzję przekazania dla podopiecznych Fundacji wszystkich przedmiotów, które stały się zbędne lub sprawiające kłopot. W wyniku takiego zachowania mogę bezkosztowo doposażyć domy tymczasowe lub wykorzystać niepotrzebne już leki, przekazując je opiekunom kotów, które cierpią na taki sam rodzaj schorzenia. Jest to bardzo świadome, pożyteczne oraz racjonalne zachowanie, wspierające działania Kociej Mamy.

Z reguły osoby, decydujące się przekazać precjoza po zmarłym kocie, podejmują postanowienie, że nigdy już nie otworzą serca dla innego sierściucha. Jak zwykle w życiu bywa, jest też inna opcja, zdecydowanie przeciwna. Osoby w obliczu dramatu cierpią, mają żałobę, ale kiedy już ją przejdą, wracają do Kociej Mamy po drugiego kota. Wówczas, podczas szczerej rozmowy, wybieramy kandydata na przyjaciela. Zawsze najważniejszym kryterium jest wiek adoptującego, czyli bardzo świadomie i racjonalnie dokonujemy wyboru, żeby seniorowi nie fundować atrakcji, wynikających z opieki nad niesfornym młodziakiem. Z reguły szczęście uśmiecha się do  dostojnego kociego seniora, który na stare lata staje się nagle rozpieszczonym jedynakiem.

Nasze życie jest pełne niespodzianek. Dobrych, ale też i niemiłych. Zdarzenie, które było moim udziałem w ostatnim tygodniu pokazuje, jak darczyńcy mogą swoją hojnością zrobić nam przykrość. Reportaże o Kociej Mamie nie są tylko zbiorem pochwalnych laurek, ociekających opowieściami o sukcesach, miłych, ciepłych spotkaniach czy pozytywnych wydarzeniach. Dzielę się w bezstronny sposób tymi faktami, na które mają odwagę ci, którzy kiedyś byli wobec nas pomocni, współpracujący czy hojni.

Jestem przede wszystkim kociarą, potem szefową, ale i skrupulatną gospodynią, która pilnuje, żeby kotom i wolontariuszom nie zabrakło środków do wykonywania zadań, związanych z wolontariatem na każdym jego szczeblu.

Jakiś czas temu, może to był rok, a może dwa, w porze dyżuru odezwała się osoba, że ma dla Fundacji dary do przekazania. Jest w wieku takim, że nie zdecyduje się ponownie na adopcje, a sprzęt jest w dobrym stanie, że może spokojnie wesprzeć jakiś dom tymczasowy. Wysłałam kuriera, podziękowałam za fanty i o tym zdarzeniu kompletnie zapomniałam.

Czas mijał. Co rusz ktoś przekazywał jakieś drobiazgi do siedziby albo prosił o odbiór z uwagi na kłopot logistyczny. Zawsze współpracująca, wychodząca z założenia, że nigdy na pomoc się nie kaprysi, starałam się podejmować decyzje w taki sposób, żeby wszyscy byli zadowoleni. Przeważnie prosiłam o pomoc Bożenę albo Blankę, Wojtka, Michała bądź Macieja, w zależności od ilości i wagi przekazywanych darów. Wyjątek stanowiły fanty, przekazywane na Pchli Targ lub kiermasze miejskie, wtedy kierowałam darczyńcę do wolontariuszek, działających w tej płaszczyźnie czyli do Izy lub Irenki.

Ponieważ sprawne zarządzanie i skuteczna logistyka są moimi umiejętnościami, w których się dobrze realizuję, nigdy nie było żadnej kolizji na linii darczyńca- Fundacja. Nigdy, aż do zdarzenia, którego świadkiem była wolontariuszka, a mnie wytrąciło kompletnie z równowagi. Wszyscy znają mój tryb życia zawodowego, rodzinnego, fundacyjnego oraz fakt, że Kocia Mama to nie jest taka sobie, zwyczajna Fundacja, tylko jedna, wielka, troszcząca się i pozostająca w fajnych relacjach społeczność. U nas nie ma granic między szefową a wolontariuszem, wszystkie zwyczajowe, obowiązujące u innych zasady, w naszym przypadku nie mają racji bytu. Z Kocią Mamą idzie się przez życie, nie tylko to społeczne, u nas wszystko się miesza emocjonalnie, serdecznie, partnersko.

Byłyśmy tego dnia w trasie, załatwiając jak zwykle, po drodze i przy okazji, swoje prywatne zadania oraz te fundacyjne. Rozmowa toczyła się o wszystkim i o niczym,  normalnie jak to się dzieje w takich okolicznościach, kiedy zadzwonił telefon. Bożena, lekko zirytowana rzuciła: – Kiedy ci ludzie przyswoją, że od godziny 17 zaczynasz dyżur?

Wzruszyłam ramionami, przestałam oczekiwać!

Rozmowa, a raczej potok słów, zaczął się atakiem. Bez tradycyjnych regułek powitalnych, od pierwszego zdania ton ostry, chłodny, roszczeniowy: – Ja, droga pani, przekazałam kiedyś dary po moim zmarłym kocie, teraz jestem w kłopocie, komuś pomogłam, przejęłam kota, zmieni mi się wkrótce standard życia, muszę kota natychmiast oddać, oczekuję, że Fundacja wybawi mnie  z kłopotu, kiedyś ja pomogłam, teraz oczekuję rekompensaty.

Zbaraniałam!

– Czy tego kota pani adoptowała z Kociej Mamy?

– Nie, nie jest to teraz istotne, ktoś wyjechał za granicę i zgodziłam się mu pomóc, ale teraz zmieniam mieszkanie, a do nowego nie mogę kota zabrać, proszę, żeby Fundacja zrewanżowała się za otrzymane kiedyś wsparcie.

Zgłupiałam. Dopytałam.

– Jest pani pewna, że to Kociej Mamie pani przekazała fanty, kto je zatem odbierał i z jakiej ulicy, proszę opisać mi kuriera.

Kiedy podała nazwę i opisała osobę, wiedziałam, że to faktycznie był mój wolontariusz. Przypomniałam sobie całe zdarzenie.

Wychodząc z założenia, że w pierwszej kolejności jestem kociarą, która stworzyła niby zwyczajną organizację, która dokonuje nadzwyczajnych rzeczy, odłożyłam złość na panią na bok, odłożyłam na później udzielenie jej odpowiedniej lekcji, w tym momencie dobro i bezpieczeństwo nieznanego kota były dla mnie najważniejsze. Dopytałam o wiek, umaszczenie, charakter, jednocześnie szukając najlepszego rozwiązania. Refleks i błyskawiczne kojarzenie faktów, nie raz pomogły mi szybko zakończyć nawet kłopotliwą interwencję.

Grzecznie, z teatralnym opanowaniem, poprosiłam o zdjęcie kota. Miałam kogoś chętnego na młodziaka w takim wieku, tylko musiałam sprawdzić, czy adopcja nadal jest aktualna, od zgłoszenia minęło kilka dni, może szukali też gdzie indziej.

Wieczorem odszukałam kontaktowego sms-a. Adopcja została potwierdzona, nawet przez myśl im nie przeszło zgłaszać się do innej organizacji. Kot został przekazany nowej rodzinie w ciągu niespełna tygodnia od przykrego incydentu.

Nie powstrzymałam się. Powiedziałam to, co mnie bolało. Kiedy pani ponownie odezwała się  z informacją, żebym zabrała rzeczy po kocie, któremu znalazłam dom, bo przeszkadzają, a nowi opiekunowie odmówili przyjęcia darów, zapytałam czy zna takie słowa jak proszę, dziękuję, przepraszam. Czy sądzi, że darczyńca ma prawo traktować obcesowo osobę, która o wsparcie nie zabiegała, a już tym bardziej nie zwrócono się do niej  z zapytaniem o poradę czy konsultację przed podjęciem pochopnie decyzji pomocowej? Czy hojnym się jest, bo tak dyktuje serce, czy jest to tylko polisa usprawiedliwiająca pozycję roszczeniową? Wyjaśniłam, dokładnie i dobitnie, dlaczego pomogłam kotu, pomimo komunikacji dalekiej od poprawnej. Swoje żale wylałam bez cienia wyrzutów sumienia. Nie mam pojęcia, dlaczego pani potraktowała Fundację w kategorii firmy sprzątającej, której pokazuje się arogancko palcem, które płaszczyzny ma za zadanie uprzątnąć,  w zależności od kaprysu. To, co w pierwszej chwili odebrałam jako przekazanie darowizny, żeby podnieść komfort pracy domów tymczasowych, okazało się tylko lokatą, która w razie potrzeby ma być kartą przetargową. Pierwszy raz zostałam postawiona w takiej sytuacji. Oczywiście, schowałam dumę do kieszeni i poprosiłam tego samego kuriera o odebranie niechcianych rzeczy. Gospodarna szefowa nie podejmuje głupich decyzji, są kocięta i one są w tym wszystkim najważniejsze. Skoro mam okazję otrzymać super drapak, to nie widzę powodu, by z niedorzecznych pobudek unosić się honorem. Co miałam do przekazania, zrobiłam, ale to nie ja będę tę historię wspominać z rumieńcem na twarzy, że postąpiłam krzywo. Kociak w nowym domu jest ulubieńcem wszystkich i to jest korzyść najważniejsza. Pani ma nauczkę, że nie wolno innych traktować instrumentalnie z góry, bo fakt, że się  zaciśnie najpierw zęby nie znaczy, że język zawsze za nimi zostanie.

Prośba od serca. Nie chcę darów, który stają się kajdanami. Nie chcę darów, za które po czasie wezwana jestem do zapłaty.

Hojność to jest wielkość opisująca człowieka. Hojność to potrzeba pomocy innym. Hojność jest prawdziwa, kiedy jest bezinteresowna, a nie oczekuje rewanżu albo zadośćuczynienia. Mam nadzieję, że proroctwo pani się spełni, bo żegnała mnie bardzo zirytowana słowami: Zabiera pani te rzeczy i kończymy znajomość!

Opublikowano w kategoriach: Łódź