W miocie było ich pięć. Odłowione gdzieś pod Łodzią przez osobę, której aktywność sprowadzała się do kastrowania — w oparciu o pomoc Fundacji — dzikich kotów bytujących w okolicy oraz przekazywania pod skrzydła znalezionych kociaków. To dużo zarazem, ale i mało.
Dużo, ponieważ osoba wykazała się sumiennością i regularnością w przekazywaniu złapanych kotów do wskazanych klinik w Łodzi. Inni odwróciliby głowę, mówiąc: „to nie moje koty, one tu tylko sobie biegają”. Racja i nie, ponieważ skoro stawiasz miskę i karmisz, stajesz się za nie poniekąd odpowiedzialny, nie tylko za los matek, ale także za dzieci, które rodzą się w twoim obejściu. Doceniam aktywność dotyczącą kastracji. Dużo kotek i kocurów przekazano na zabieg, jednak kiedy przyjęłam jeden miot, regułą stało się, że nie szukano pomocy w innych fundacjach, tylko zwracano się do Kociej Mamy. Wszystkie mioty, a było ich kilka, były chore, zarobaczone, niektóre nawet niesamodzielne, trzeba było wstawać w nocy, żeby je karmić. Ostatni miot przekazany został zakażony panleukopenią — dodatkowe, horrendalne koszty. Obietnice były składane i owszem, do czasu aż wskazałam dla maluszków klinikę. Potem słowa zostały zapomniane, a ja zostałam z wydatkami, których przecież nie planowałam. Kiedy koty są zdrowe, interwencja toczy się klasycznym torem, kiedy zaczynają chorować znika wszelka pomoc, a zaczynają się kłopoty. Z problemami zostałam sama. Miot chory na panleukopenię odszedł za Tęczowy Most, a lekarka prowadząca, zachowując się nieroztropnie, rozniosła to śmiercionośne paskudztwo.
Ten miot szaraków od początku miał ogromne problemy z jelitami. Jeden kociak odszedł, trzy zdrowe przekazałam do adopcji, piąty — od samego początku „byle jaki” — leczony jest nieustannie. Dom się dla niego znalazł, ale odmówiłam. Czuję przez skórę, że to kocie nieszczęście może mieć różne scenariusze na przyszłość, dlatego zostaje na stałe w domu tymczasowym. Jest stabilny, wyszczepiony, prowadzony przez jedną, bardzo rozsądną lekarkę, przebadany od podszewki pod różnymi kątami i profilami — wykluczona białaczka, FIV, panleukopenia, wykonane testy na giardię, pasożyty, nawet PCR. Dieta na bardzo wysokim, kosztownym poziomie: specjalistyczna karma, flora bakteryjna, probiotyki, suplementy, krople i witaminy podnoszące odporność. Kot jest przemiły, ale zbyt problematyczny, żeby kwalifikował się do adopcji. Spokojniej będę spała ja, i z pewnością także opiekunka Danuta, kiedy Baton, zwany klinicznie Maluszkiem, nadal będzie u nas. Ta aukcja nie jest określona terminem. Baton dołącza do grona podopiecznych wirtualnych, a zbiórka będzie ponawiana regularnie — tak długo, jak będzie potrzebne wsparcie przy opłacaniu faktur za kontrolne badania, zakup karmy oraz bieżące wydatki weterynaryjne. O jego losie, blaskach i cieniach dnia codziennego będę informowała adekwatnie do okoliczności, które się wydarzą.
Link do zbiórki: https://www.ratujemyzwierzaki.pl/rozsadnadecyzja
