Tym razem, poruszając kwestię miłą, aczkolwiek niekiedy sprawiającą kłopoty i zbędne zamieszanie, analizując wieloletnie wizyty w pewnym przedszkolu, sięgnę po termin znany nam wszystkim doskonale, a mianowicie: Wyrozumiałość!
Wyrozumiałość to umiejętność rozumienia motywów, błędów i słabości innych ludzi (lub własnych) oraz skłonność do wybaczania im, przejawiająca się łagodnością i tolerancją. To kluczowa cecha w budowaniu relacji, oparta na wczuwaniu się w czyjąś sytuację, zamiast surowego oceniania. Synonimy to pobłażliwość, tolerancja i wyrozumienie.
Będąc szefową Fundacji, od samego początku właśnie ten termin modelował moim zarządzaniem. Często osoby, nawet te będące blisko mnie, nie były wprowadzane w okoliczności, które określały wolontariat innych. Wiedza o życiu prywatnym, o kłopotach, troskach, ale i sukcesach oraz radościach, często zostaje tylko u mnie, nie uznaję bowiem za stosowne dzielić się tą wiadomością szybciej niż czyniła to osoba, której te kwestie dotyczą.
Planując wszystkie projekty z zakresu edukacji i kiermaszy, zawsze muszę mieć w świadomości w równej mierze zarówno predyspozycje, jak i ograniczenia poszczególnych wolontariuszy. Większość osób by się poddała, mając przed sobą takie zadanie, jednak wychodząc z założenia, że aktywność społeczna nie jest obowiązkiem wpisanym w etat, staram się gasić pożary adekwatnie do sytuacji.
Tak nam minęło osiemnaście lat harmonijnej pracy.
Wyrozumiałość charakteryzuje moje szefowanie, ale tylko do pewnego momentu. Kończy się natychmiast, kiedy osoba zewnętrzna przekracza postawione przeze mnie granice, a w przypadku osoby będącej w Fundacji, proszę o odejście z grupy, kiedy mam świadomość, że jestem okłamywana. Kłamstwo, rywalizacja i plotki to zachowanie, które natychmiast powoduje wykluczenie.
Zbudowałam zespół, który ma się wspierać. To jest zasada nadrzędna.
Analizując współpracę z przedszkolem w Nowosolnej, termin „wyrozumiałość” pasuje jak ulał i charakteryzuje obie strony, biorące udział w projekcie.
Odwiedzamy tę placówkę od wielu lat. Rezultaty prowadzonych zbiorek są rozmaite. Bywało, że wracałyśmy z zapakowanymi pod sufit dwoma autami, a zdarzało się, że akcję można było określić terminem „przyzwoita”. Jednak, co zawsze jest stałe, niezmienne, to uśmiech na twarzach, kiedy pojawimy się z kotami oraz przemiła, cudowna atmosfera. W przedszkolu nikt nie ma krzywych, niezadowolonych min, nie ma grymasu znudzenia czy rozdrażnienia. Wszyscy są przeszczęśliwi, że Fundacja bez kolizji na czas dotarła, a z czasem powstało nawet fajne hasło: Witamy, a kiedy dotrze Blanka?
Tak, fakt, że ja jestem punktualna nie oznacza wcale, że nie umiem przymknąć oka na defekt, który mają inni. Blanka na przykład, zawsze stojąc już w drzwiach gotowa do wyjścia, przypomina sobie nagle, że musi jakiś dokument wysłać. Oczywiście, jej zachowanie nie ma żadnego wpływu na jakość całej wizyty. Witana jest zawsze z ogromną ulgą, z radosnym westchnieniem, że wreszcie dotrzeć jej się udało. Uważam, że umiejętność przekucia naszych drobnych przywar w anegdoty sprawia, że łatwiej się w tak różnorodnej gromadzie działa. Uważam, że nasze drobne słabości lepiej zamienić w humoreski, niż z małej, nic nie znaczącej przywary czynić wielkie zamieszanie.
Ostatnie spotkanie było odmienne od poprzednich z kilku powodów, dość istotnych. Pierwszy, najważniejszy to sytuacja, że tym razem Blanka zapomniała o tradycji i zjawiła się 5 minut przed czasem. Wszyscy byli nie dość, że zaskoczeni, to jeszcze pełni uznania. Druga odmienność to pojawienie się Pipi, suni, która na co dzień pełni misję opiekuńczą, kiedy Ania ma na tymczasie butelkowe kociaki. Rozważania nad zmianą jakości prowadzonych prelekcji zachęciły mnie do przeprowadzenia doświadczenia, jak pies odnajdzie się, pracując nie tylko z dziećmi, ale i kotem. To, że Pipi zna koty, bo mieszka z nimi w domu, nie dawało żadnego obrazu, jak zareaguje na obcego kota. Musiałam także sprawdzić, jak odnajdzie się mój kot Laluś, który jest moim niezastąpionym partnerem odkąd odszedł Iwan. Drugim edukatorem, równie sprawnym i kompetentnym, jest Ytuś. Jednak w jego przypadku, kiedy postanowię zabrać go na pogadankę, muszę zawsze zabierać także niezbędne akcesoria, które eliminują dość wstydliwą kolizję. Wiemy wszyscy, że mało komu można przypiąć etykietkę „pracoholik”. Dzieci odkładają zadania na później, przez co doprowadzają rodziców do szewskiej pasji. Moje koty natomiast, kiedy widzą, który kontener wnoszę do domu, natychmiast potrafią dosłownie zniknąć, nie uśmiecha się im nawet praca w roli gwiazdy. Ytek kilka lat temu, podczas zajęć, biegał sobie jak to ma w zwyczaju od dziecka do dziecka, po czym w pewnej chwili popatrzył mi w oczy i z determinacją zrobił kupę w kącie.
Oczywiście po powrocie innym kotom opowiedział, jaki z niego złośliwy łobuz.
Kilku spotkań tym sposobem udało mu się uniknąć. Do pracy angażowałam inne moje sierściuchy, które są bardziej wstydliwe i dyskretne niż Ytek aż… któregoś dnia Laluś ewidentnie nie był w nastroju do pracy. Zdeterminowana zabrałam Ytka, ale także żwirek, łopatkę i kuwetę. Scenariusz zajęć był typowy aż do chwili, kiedy Ytek poleciał do kąta i zaczął kopać, tylko że jednego nie przewidział. Tym razem miałam ze sobą zestaw ratunkowy. Natychmiast wstawiłam kota do kuwety. Nigdy nie zapomnę jego miny. Popatrzył na mnie z wyrzutem, jakby chciał mi powiedzieć: Jak mogłaś tak mi zepsuć występ! Wyskoczył, nie korzystając i do końca zajęć zajął się tylko prezentowaniem swojej niebywałej urody.
Odtąd skończył się dla Ytka urlop i grzecznie wędruje na wykłady. Rytuał zawsze jest taki sam. Na początku wizyty stawiam kuwetę w kącie tak, żeby ją widział. Nawet nie muszę wsypywać do niej żwirku!
Historię tę opowiadam, kiedy przeprowadzam pogadankę pod tytułem „Czy koty potrafią do nas mówić?”
Pomysł sprawdzenia, jak reagują na siebie nieznane sobie dotąd zwierzęta okazał się dobrym. Ostatnia pogadanka odbyła się w grupie Marty, organizatorki każdej akcji. Dzieci z tej okazji miały miłą niespodziankę, bo jednocześnie pracowały dwa zespoły pod okiem szefowej. Dwa koty i pies. Pipi biegała po Sali, radośnie merdając ogonem, za nią krok w krok podążał Laluś, jednak bez agresji, raczej kierowany ciekawością, że pies może być mniejszy od niego. Chodził za biedną Pipi, wąchając ją, jakby sprawdzał, czy faktycznie to żywa istota, a nie zabawka mechaniczna.
Intencja tego doświadczenia była prosta, pies w parze z kotem na zajęciach mogą być fajnym tematem do przeróżnych opowieści, ale i przekazania istotnych wiadomości o życiu i potrzebach zwierząt różnych gatunków, ale często przebywających w tych samych przestrzeniach. Sądzę, że trudnością byłoby zabrać ze sobą na zajęcia papugę, rybki czy kanarka, ale po ostatnim spotkaniu przypuszczam, że częściej będziemy wspierać się w trakcie pogadanek edukatorami innymi niż kociaki.
