Kategoria: nie-kociara!

Kociara. Od zawsze. Z dystansem do psów, wszystkich.

O ile reakcję kota potrafię w porę odczytać i właściwie określić, o tyle od czasu, kiedy pies merdając mile ogonem i łasząc się w chwilę później mnie dość dotkliwie ugryzł, mam obawę czy dobrze je odczytuję. Nie szukam winy w psie, tylko w sobie, że nie do końca umiem trafnie ocenić wysyłane sygnały.

Żeby nie było, że jestem laikiem w psim temacie, informuję, że miałam w swoim życiu ich kilka.
Pierwszy, Pajda, mały czarny kundel wzięty ze wsi, żył prawie 20 lat, głuchy kompletnie przez ostatnie swoje lata, terroryzował nas szczekaniem o różnych porach dnia i nocy niestety, ale wspierany farmakologicznie nie czuł bólu związanego z artretyzmem występującym u dość wiekowych zwierząt. Pajdek mając 15 lat i już będąc dość złośliwym upartym starcem, dostał kompana Bobka, zabranego z działek pod Konstantynowem. Nawiasem mówiąc wszystkie moje zwierzaki pochodzą z tamtych okolic, zarówno Leon jak i Iwan.

Bobek ocalał jako jedynie szczenię z miotu, bowiem matka zakopała go w jamie i tam po kryjomu karmiła. Nie będę opisywała, w jaki sposób właściciel działki, na której suka mieszkała, rozwiązywał problem niechcianych miotów. Dość, że malec na widok człowieka sikał i trząsł się jak osika.
„Komu Ty wydasz tego wypłocha? Jemu trzeba zapewnić najpierw psiego terapeutę!” usłyszałam te słowa jakieś 25 lat temu od Agnieszki, lekarki z Czterech Łap.
Więc został.

Były więc dwa. Jeden u schyłku życia – tak wtedy myśleliśmy, i nowy, bojący się własnego cienia, choć z wyglądu niezwykle imponujący – mieszanka bernardyna z kaukazem.

Potem pojawiała się kaleka Łapka, jamniczka podrzucona do stadniny u Zbyszka i Marty. Oprócz chromej łapki miała wadę serca, zmarła na atak co sprawiło, że Bobek popadł w apatię. Na moment pojawił się w obejściu Pundel, skołtuniony prawie jak Mopik. Wykąpany, ostrzyżony, wrócił do swego domu, z którego, jak się okazało, systematycznie wiał na gigant.
– Pani jedna doprowadziła do jakiegoś wyglądu – dziwił się opiekun.
– Sugeruję obrożę z adresatką i telefonem, skoro on ucieczki traktuje jak dobrą zabawę. No i smycz regulowaną, czasem nie ma innego sposobu, by zwierzę uchronić przed nieszczęściem.

Teraz, kiedy mam Kocią Mamę, świadomie nie adoptuję żadnego psa, ale nie odwracam głowy od pomagania szczególnie szczeniakom, które niekiedy do nas trafią. Nie robię z tego faktu dramatu, ale też nie mam zamiaru przeprofilować działania.

Dlaczego o tych psach nagle?
Ponieważ od lat wspiera mnie systematycznie i z oddaniem osoba, która taki sam wywód może popełnić o kotach. Nie lubi ich, wręcz się boi, przerażają ją ich reakcje i obyczaje, ale jak się tylko nadarzy okazja, jak tylko pojawi się w okolicy jakaś wynędzniała bida, podczas spacerów z psem dokarmia.

Poznałam ją zaraz w pierwszym roku pracy Fundacji, na spotkaniu, na które zaprosił mnie Janusz zawsze mocno zabiegający, by mi pomóc.
– Będzie Iwona, powinnaś być – zarządził.
– Ale ja i polityka?
– Nic nie rozumiesz – żachnął się  – Przyjdź, poznam Was, to moje intencje zrozumiesz! – zakończył bez prawa do najmniejszego veta.

Jestem kompletnie z dala od polityki i układów, zawsze wstrzymuję się przed wygłaszaniem publicznie poglądów, bowiem ludzie łączą mnie z Kocią Mamą, a ona ma być bezstronna. Ale znając intencje Janusza, poszłam potulnie i to było spotkanie mojego życia! Poznałam bezpośrednią, otwartą osobę, zwierzoluba choć skierowanego na pomaganie psom.

Sympatia nawiązała się momentalnie, spotkanie przedwyborcze zeszło na drugi plan, a my obie w kącie pokoju gadałyśmy na wyścigi, jakbyśmy chciały nadrobić czas bez siebie.
– Mówili mi o Tobie… – uniosła znacząco brwi.
– Cóż, nie mam na to wpływu. Opcje są dwie: opinia w zależności czy mi nadepnęli na odcisk czy nie…
-Wiesz wszystko, prawda? – roześmiała się.
– Si!

Od tamtej pory zawiązała się bezinteresowna przyjaźń. Choć może nie tak do końca bezinteresowna, bowiem jest interes, który nas mocno łączy: dobro ogólne zwierząt i prosperita Kociej Mamy.

Wspiera mnie od lat, nie sposób wyliczyć wszystkich jej aktywności. Do najważniejszej z nich zaliczam systematyczne oklejanie gminy Zgierz plakatami zachęcającymi o przekazanie 1 % na rzecz Fundacji, to działalność, której Iwona sama corocznie pilnuje. Dla mnie jest to czas wytężonej pracy, coroczna fundacyjna sprawozdawczość nakłada się na przygotowania do KotoManii, głowę mam zajętą na 200%, ale Iwonka trzyma rękę na pulsie.

To nie pochwała, nie żaden list dziękczynny, to przemyślenia o ludziach, którzy przewijają się obok i o tym jak postrzegają moją społeczną pracę. Oni dostrzegają i doceniają skalę. Sami codziennie sprawują nadzór pełniąc określone stanowiska i znają trudność komunikacji, rozumienia i wykonywania poleceń. A tu w Kociej jakoś mimo, że wolontariat, takim tempem idzie praca, że nie dość że zdumieni to zachwyceni gratulują.

Razem jesteśmy ponad 10 lat.
Różne sytuacje, w których byłyśmy polaryzują opinie, poglądy i stanowiska. Kilka udanych projektów za nami, w planie w sferze na razie marzeń wspólne wydarzenie. Pomysł od lat dojrzewa, nabiera konkretów ale z przyczyn niezależnych realizacja przesuwa się w czasie.

Są ludzie, którzy chyłkiem przemykają się przez nasze życie, znikają i nie odczuwamy pustki, ale są też tacy, którzy dodają nam skrzydeł, ponieważ są obok gotowi i chętni do pomocy i kilku ciepłych słów w chwili zwątpienia czy smutku.

Za ogrom pozytywnej energii, za bezwarunkowe wsparcie dla Kociej Mamy, za słowa otuchy i oznaki przyjaźni serdecznie dziękuję mimo, że oprócz Leona żaden mój kot nie wkradł się w Twoje łaski moja droga Iwonko!