apogeum

Kocia Mama pracuje w oparciu o zespoły zadaniowe, grupy, duety, a rytm nadają cykle, sezony i pory roku. Podział pracy i obowiązków jest czytelny. Moim najważniejszym zadaniem jest odsiewanie prawdy od, delikatnie mówiąc, niedomówień, nieścisłości i fałszowania rzeczywistych okoliczności. Problem realnej oceny sytuacji i budowania scenariusza według osobistych potrzeb chwili, to największe przykre zadanie, z jakim przychodzi mi się mierzyć podczas każdego dyżuru. Mając świadomość, że Fundacja ma rolę misyjną, do nas należy ratowanie kotów, polepszanie jakości bytowania środowiskowych oraz zapewnienie życia w dobrym standardzie, trudno jest mi przyzwyczaić się do tych wszystkich podstępnych prób manipulacji. O ileż łatwiej prowadzi się interwencję z pozycji wzajemnej, szczerej komunikacji niż lawirowania między wysepkami kłamstwa.

Agresja, napastliwość, wymuszanie, narzucanie to tylko nieliczne formy, które wspomagają roszczenia. Bywa, że spotykam się z niezbyt fortunnie ukrytą groźbą, kiedy to w trakcie rozmowy słyszę: Zgłoszę skargę do urzędu, straży miejskiej czy innego pracownika administracji państwowej, którego, według rozmówcy, powinnam się wystraszyć i ulec wymuszeniu. Nie ma takiej opcji ani też możliwości.

Fundacja pracuje przede wszystkim w oparciu o zdrowy rozsądek, jeśli osoba komunikująca się popełniła wcześniej zaniedbania, będące konsekwencją braku aktywności czy też odsuwania rozwiązania problemu, nie ma prawa oczekiwać od nas naprawy okoliczności nieodwracalnych. Opiekunowie kotów mają specyficzną wrażliwość. Zjawisko karmienia sprowadza się do opieki w trakcie pobytu na letniskowej działce, bez podjęcia próby oswajania. Koty rosną, przyzwyczajają się do życia w bliskości z naturą, a rolę człowieka sprowadzają do roli codziennego, systematycznego podajnika karmy.

Kiedy nadchodzi pora ewakuacji z działek, stają w obliczu pytania, kto się dalej zajmie kotami. Czas, który był odpowiedni na socjalizację maluszków, dawno już minął, a rozbrykane kocie podrostki nie mają ochoty być nakolankowymi miziakami. Wtedy w panice szuka się kontaktu z kocią organizacją. Problem polega na tym, że generalnie fundacje unikają przyjmowania maluszków, a co dopiero wymagających kastracji dzikusków. W wyniku zaniechania opiekunowie sami nakładają na siebie dodatkowe obowiązki, a brak konsultacji z Fundacją nie jest żadnym racjonalnym, usprawiedliwiającym tłumaczeniem. Wiem, że z ogromną przyjemnością obserwuje się kocie harce, jednak zdrowy rozsądek i perspektywa nadciągającej nieuchronnie zimy powinny motywować do działania już w momencie pojawienia się kociej rodzinki.

Nie umiem zrozumieć intencji opiekunów. Z jednej strony wykazują dość dużą aktywność w bezpośredniej opiece, z drugiej natomiast brakiem racjonalnej komunikacji z organizacją, zamykają szansę na zapewnienie życia w bezpiecznym komforcie, jaki umożliwia adopcja, przeprowadzona pod nadzorem Fundacji.

Kilkanaście lat funkcjonujemy w tym samym trybie. Ustalenia, dotyczące przyjmowanych kociaków, nie ulegają modyfikacji. Kwestią najważniejszą nie zawsze jest wiek delikwenta, a jego stopień socjalizacji z człowiekiem.