Fundacja działa w oparciu o uporządkowane tematycznie przestrzenie, co oczywiście ma znamienny wpływ na komfort pracy wszystkich wolontariuszy nawet, jeśli mierzymy się z trudnymi okolicznościami bądź interwencjami. Jeśli jest stosowne zaplecze, jeśli są właściwe narzędzia i jeśli wolontariusz przez cały czas ma świadomość, że jest pod opieką, ochroną i z bezwzględnym wsparciem szefowej, jest spokojny świadomością, że zawsze ma stosowną pomoc i doradztwo, ale również wszystkie konieczne akcesoria do skutecznego działania.
Praca w myśl schematów, reguł oraz zasad to najlepsze z możliwych rozwiązań, ponieważ eliminuje kolizje i błędne decyzje. Raz sprawdzone rozwiązanie zawsze jest powielane, nie ma sensu szukać innych, kiedy są pewne kwestie przetestowane.
Rytm pracy stymulują kocie sezony. Doskonale wiemy, co oznacza termin na koty wyrzucone, nietrafiony prezent czy czas na kocie oseski, ale chyba najtrudniejszym jest sezon na koty przywiezione z wakacji. Kręcimy się po kraju w wakacje, jest to sytuacja normalna, całkowicie zrozumiała, ale przy tej okazji dochodzi do sytuacji, w których, mimo dobrych chęci, Fundacja jest bezradna. Podam najczęściej zdarzający się przykład: Ktoś jedzie z punktu A do punktu B, po drodze zatrzymuje się w jakiejś przydrożnej karczmie, na podwórku kręci się kot lub więcej, podróżnik nie zadaje sobie trudu, by wypytać o status kota na miejscu u tak zwanego źródła, ale za to pisze do Fundacji wiadomość: Bardzo mnie martwi los kotów w miejscowości X, byłam tam przelotem, proszę o interwencję, sprawdzenie dobrostanu i znalezienie biedakom domu! Kociara.
Kiedyś reagowałam na takie wiadomości. Szukałam w internecie organizacji najbliżej działających, odpisywałam, podpowiadałam rozwiązania, bo oczywistym jest, że Fundacja nie będzie jechać 400km żeby poprowadzić interwencję. Odpowiedzi generalnie nie było już zwrotnej albo nadchodziły w stylu: Napisałam przecież pani, co mi się udało ustalić, to pani ma Fundację niech zatem pani działa, a nie oczekuje, że ja sobie dołożę zadań!
I tyle w temacie empatii i dobrego serca.
Kolejna grupa to osoby, które podczas pobytu w jakimś ośrodku dokarmiały koty, sytuacje oczywiście w pełni zrozumiałe. Jednak kiedy zbliża się pora powrotu do domu, na fundacyjną pocztę przychodzą wiadomości: Wracamy z urlopu – tu podana jest data – proszę podać adres domu tymczasowego, przywiozę kocięta i mam pytanie o matkę, bo łagodna jest, czy mogę też?
Nasuwa się pytanie o rozsądek. Byli, karmili, odpoczywali, dlaczego chociażby z nudów nie zadali sobie trudu, by skontaktować się z lokalną organizacją? Droga na skróty? Bo Kocia Mama jest Fundacją, która wszystkie koty przygarnie? A gdzie miejsce na własną aktywność?
Powtarzam do znudzenia, nie ma takiej opcji, żebym mogła zaopiekować się wszystkimi kotami z kraju. Takie sytuacje powtarzają się każdego roku pod koniec wakacji.
Ale i są perełki, jak pewna dziewczyna ze Śląska. Zdesperowana szukała pomocy w przeróżnych organizacjach w zasięgu 200 km od swojego miejsca zamieszkania, wszyscy ją zbywali. Ktoś był hojny, obiecał kilka puszek dla stadka, które planowała odłowić, żeby przygotować do adopcji. Chętna, aktywna, znająca swoją kocią robotę.
Kiedy napisała do mnie prośbę, odpowiedziałam zgodnie z prawdą: Zapakowane mam domy tymczasowe, ale jak podejmiesz się złapania i oswajania, ja zapewnię resztę. Ani przez moment się nie wahała. A pomoże mi pani te koty ogłaszać? Oczywiście!
Daria, imię dobrze wróży, przyjechała do siedziby następnego dnia. Przygotowałam wszystko, co jest potrzebne do pracy z pięcioma kociakami, kennel też. Dziewczyna nie wierzyła, patrzyła ze zdumieniem na to, co przygotowałam, ale skoro wyczułam podczas rozmowy taki potencjał, jak odmówić i podciąć skrzydła. Po raz kolejny nie pomyliła się moja intuicja. Tym sposobem Kocia Mama aprowizuje dom tymczasowy w Szczekocinach! Dziewczyna radzi sobie cudnie. Zna koty, ich psychikę i, co najważniejsze, ma dla nich serce i chce poświęcić swój czas. Spotkanie takich ludzi to także dobra, pozytywna energia, która zasila mnie. To odbudowa wiary w empatię, bezinteresowność i autentyczność intencji.
Kocia Mama też kiedyś była mała, biedna, pełna obaw przed nadchodzącymi dniami, niepewna, czy podoła, czy udźwignie, ale zawsze priorytet miały koty, ich bezpieczeństwo i dobrostan.
Teraz pomagamy, jak tylko możemy i nie zamykamy się wyłącznie lokalnie. Jak czuję troskę, autentyczną obawę o los kociaków, szczerą rozmową, zawsze staram się znaleźć najlepsze w danej okoliczności rozwiązanie. Raz jest nią pomoc w karmie, innym razem przejęcie kociaków, jak w przypadku tych, które przyjechały do nas z Hipolitowa. Interwencje są przeróżne, tak jak sytuacje, które je inicjują, ale zawsze decyzje podejmowane się ze wskazaniem na ochronę kociaków.
