Opiekując się kotami, poznaję ludzi. Jest to sytuacja normalna, niewzbudzająca najmniejszego zdziwienia. Koty od wieków były obecne w naszej przestrzeni, a od czasu, kiedy zostały udomowione, stały się ważnym elementem naszego emocjonalnego życia. Będąc szefową Fundacji, ale i osobą, która na co dzień skupia wokół siebie liczną gromadę, nie tylko wolontariuszy, ale znajomych i przyjaciół, jakoś tak dziwnie się dzieje, że nieustannie rośnie mi grono ludzi, z którymi pozostaję w różnych, z reguły sympatycznych relacjach.
Przychodzą do mnie, kierowani różnymi potrzebami, najczęściej są to przeróżne okoliczności, ale związane bezpośrednio, w mniejszym lub większym stopniu, oczywiście z kotami.
Wiele razy wspomniałam, że są osoby, które nawet po otrzymaniu pomocy czy wsparcia, nie włączają się bezpośrednio w codzienne działanie Fundacji, ale są w razie potrzeby gotowe okazjonalnie podjąć aktywność, kiedy zaistnieje taka konieczność. Powiedzenie, że karma wraca, sprawdza się, ale tylko wtedy, kiedy od nas samych zawsze idzie w świat dobra energia, w formie czystej, nieskażonej fałszem, obłudą, czy dziwną manierą. Nigdy nie klasyfikowałam ludzi, nie wartościowałam według wykształcenia, koneksji zawodowych, towarzyskich, czy stanowisk administracyjnych. Dla mnie wartością jest istota, jej charakter, relacja z otoczeniem, komunikacja z grupą i sposób, w jaki postrzega świat zwierzęcy. Wszystkie osoby, które miałam okazję poznać w swoim życiu, z uwagi na mój koci defekt, w pewnym stopniu zaangażowane były lub są w życie Kociej Mamy. Dziennikarze nagrywają programy informacyjne, przeprowadzając wywiady, promują naszą wizję pracy społecznej i opieki nad środowiskowymi. Ci, którzy kontaktowali się z przeróżnych kocich powodów, nigdy nie zapominają, że wiele problemów może z powodzeniem rozwiązać właśnie Kocia Mama. Wracają zawsze, kiedy inni rozkładają bezradnie ręce.
W Fundacji pewne rytuały są niezmienne. Jednym z nich jest obecność przy wolontariuszu nie tylko w radosnej, miłej okoliczności. Śmierć zawsze przychodzi zbyt wcześnie, nigdy na jej odwiedziny nie ma dobrej pory. Nawet, jeśli jej wizyta jest wybawieniem od bólu i cierpienia, to i tak najbliżsi ronią łzy, zadając pytanie, na które nikt nie zna odpowiedzi: Dlaczego akurat teraz???
Tradycją jest, że Fundacja jest obecna nie tylko podczas miłych okoliczności, zawsze uczestniczymy w tych smutnych ceremoniach, tym samym dając świadectwo, że nie jesteśmy zwartą, troszczącą się o siebie gromadą tylko w dobre, wesołe, wolne od trosk dni.
Teraz przyszło nam żegnać osobę niezwykle skromną, pokorną, doświadczoną przez życie, ale zawsze dumną, szczerą, odważną, pełniącą z oddaniem służbę dla rodziny, pomocną dla przyjaciół i znajomych, ale najważniejsze, mającą ogromne serce także dla zwierząt. Odeszła Ela, którą poznałam, odkąd tylko zjawiałam się na mojej Pryncypalnej. Kociara z kociarą szybko znajdzie wspólny temat. Nasza znajomość zaczęła się oczywiście od pomocy znalezionym przez nią kotów, potem ruszyła już, jak zwykle, lawina. Ela zaczęła robić moimi rękoma koci porządek wśród znajomych, a potem się rozeszła fama o bezinteresownej pomocy i zaczęli znajomi dalej pocztą pantoflową rozsyłać wiadomości. Wówczas zabiegi kastracji i sterylizacji nie były tak powszechne, jak obecnie, przyczyna oczywiście prozaiczna, bariera finansowa. Ela docierała do tych, którym trudno było się przyznać obcej osobie, że budżet im nie pozwala na opłacenie kosztownego zabiegu. Schemat był prosty, wyznaczałam klinikę i pomagałam znaleźć kociakom domy, kurierem, łącznikiem zawsze była Ela. Nie oceniałyśmy, nie krytykowałyśmy, pomagałyśmy. Kiedy na naszej Pryncypalnej zapanował koci porządek, nie błąkały się żadne kotki z urodzonym świeżo miotem, kiedy przestały walczyć ze sobą kocury, wyszłyśmy z pomocą dalej, pomagając osobom, wskazywanym przez tych już kocio zaopiekowanych. I tak mijały lata. Współpraca trwała, nawet kiedy Ela zmieniła miejsce zamieszkania.
Przyszło mi żegnać osobę niesamowicie skromną, zawsze gotową pomóc. Żyła dla innych, swoje potrzeby odsuwając na drugi plan. Priorytet miała rodzina, dzieci, wnuczęta, no i oczywiście jej ukochane zwierzęta. Kiedy odchodziły jej koty czy psiaki, to wraz z nimi żegnała część siebie, tak mocno była z nimi związana. Teraz, kiedy choroba ją pokonała, osierociła nie tylko najbliższych, ale swoich przyjaciół na czterech łapach.
Cieszę się, że mogłam z nią być przez te lata. To jedna z tych istot, które działają własnym tempem, własnym rytmem, ale zawsze są czujne na krzywdę innych i gotowe do bezinteresownej pomocy. O Eli nie pisałam laurek, nie uczestniczyła w publicznym życiu, ale zawsze była dwa kroki obok, tuż koło mnie, gotowa się włączyć, kiedy tylko otrzymała sygnał.
W takich smutnych chwilach wiem, że rozpacz ogarnia rodzinę, ale patrząc z innej perspektywy, cieszmy się, że miałyśmy okazję wiele fajnych rzeczy dokonać wspólnie z osobą, której każde działanie było klarowne, przejrzyste, wynikające z miłości i szacunku dla naszych braci mniejszych.
