Kociarze, specyficzna społeczność. Przewrażliwiona, słabo osadzona w realiach społecznych, eliminująca ze swego zachowania poczucie racjonalnego, zdrowego podejścia do tematu kotów, bytujących w środowisku. Sytuacja, o której opowiem, swój początek miała kilka tygodni temu, kiedy to otrzymałam dramatyczne wiadomości, przekazane sms-em na mój prywatny telefon. Kobieta rozpisała się ogromnie, budując niezdrowe napięcie emocjonalne, zamiast przysłać tradycyjną, prawdziwą i faktyczną wiadomość o położeniu zgłaszanych dzikich kotów. Ludziom pomagam od zawsze, jednakże normą jest, że eliminuję ze swego grona tych, którzy zgłaszają tylko żądania, mają oczekiwania, roszczenia, a nigdy w ramach rewanżu nie zaproponują nic od siebie. Fundacji pomagać można na wiele sposobów, nie zawsze trzeba pełnić rolę domu tymczasowego czy aktywnie, nieustannie działać. Bywają okoliczności czy aktywności, które wymagają doraźnego wsparcia i niestety nawet na taką pomoc raczej nie mogę liczyć, ponieważ deklaracje z reguły zostają tylko w sferze niespełnionych obietnic.
Tę opiekunkę kotów znam od kilkunastu lat. Pomagałam jej nie raz. Nigdy nie spełniła swoich zobowiązań ani nie wywiązała się z umowy. Zdarzenie, o którym chcę opowiedzieć, miało swój początek kilka tygodni temu. W ciągu dnia otrzymałam kilka dramatycznych wiadomości, popartych zdjęciami. Na końcu prośba o pomoc w przeprowadzeniu akcji pomocowej dla kilku dzikich, środowiskowych kotów. Chociaż wiedziałam, że komunikacja z tą osobą wróży kłopoty, nie chciałam odbić interwencji łudząc się, że może chociaż raz kobieta zachowa się rozsądnie. Na spotkanie do siedziby przybyła z osobą, która miała potwierdzić jej dobre intencje. Obietnice, przyrzeczenia i deklaracje pomocowe sypały się, jak z rękawa. Roztaczały wizje niebywałej pomocy z wdzięczności. Na szczęście nie dałam się omamić ani na moment. Podeszłam do tematu rutynowo, mając świadomość, że nigdy nie będzie pozytywnego ciągu dalszego razem.
Ustalenia były typowe, pomagam z karmą na czas pełnienia domu tymczasowego oraz zapewniam opiekę weterynaryjną oraz kastrację odłowionych zwierząt.
Przed wizytą w klinice, która współpracuje z Kocią Mamą, ustalone było, że otrzymuję zdjęcia złapanego kota oraz informację, kto z kotem fizycznie jedzie na badanie. Przy pierwszej odłowionej kotce nie było zgrzytów, wszystko odbyło się zgodnie z zaplanowanym schematem. Przy drugiej już nastąpiła kolizja, zostałam pominięta informacyjnie, a wprowadzona do akcji trzecia, kompletnie nieznana mi osoba, zaczęła podejmować decyzje finansowe w imieniu Kociej Mamy. Uprzedzona zostałam o tym incydencie przez lekarkę, pracującą w klinice wyznaczonej do kontaktu. Jej czujność zapobiegła dalszym kłopotom. Wszystkie panie były zdziwione, że czynię im wyrzuty za niedojrzałe zachowanie i grzecznie dalej potoczyło się wszystko zgrabnie. Odłowione kotki pojechały na zabieg sterylizacji i wystawione zostało ogłoszenie adopcyjne, czyli wprowadzone zostały klasyczne procedury.
Jednak coś zadziało się w tym towarzystwie wzajemnej adoracji. Plotki i pomówienia zawsze działają destrukcyjnie. Osoba, która deklarowała pierwotnie opiekę nad kotami, odmówiła dalszej współpracy. Sytuacja się skomplikowała, ponieważ oczekiwano, że to Fundacja dopasuje się do sytuacji, która była wypadkową konfliktu. Nie chciałam ulec, ponieważ to nie z mojej winy ani inicjatywy doszło do kłopotliwego incydentu. Ponadto domy tymczasowe pękały już szwach i nawet chcąc być pomocną, nie miałabym gdzie umieścić kociąt wymagających socjalizacji. Wyjeżdżając na krótki urlop, nie zdjęłam ogłoszeń kotek licząc, że skradną czyjeś serce.
O ile dwie kobiety, z którymi rozmawiałam, początkowo nie były roszczeniowe w zaistniałej sytuacji, o tyle trzecia przekroczyła granice dobrego wychowania i wysmażyła post w internecie, w którym oczernia Kocią Mamę, twierdząc że zmieniłam pierwotne reguły. Post, na szczęście, przeczytała wolontariuszka i przesłała mi go w całości. Wysłałam zapytanie do autorki wpisu, czy w zaistniałej sytuacji przygotowana jest na oficjalnie pismo od opiekuna prawnego Fundacji o pomówienie oraz szkalowanie Kociej Mamy. Post został usunięty, ale ogłoszenie adopcyjne wisi niezmiennie. Co pani chciała tym sposobem ugrać czy wymusić, kompletnie nie rozumiem. Bierne i słabe sprawczo były przez ponad pięć miesięcy, kiedy to ich opieka sprowadzała się wyłącznie do ustawienia miseczki z karmą. Kiedy Fundacja włączyła się w skuteczną pomoc, nagle proces adopcyjny był dla kobiet zbyt wolny i nieudolny. Myślę, że wnioski nasuwają się po tym zdarzeniu same. Opiekunowie, po takim ekscesie, eliminowani są z każdej normalnie zarządzanej organizacji, a potem, kiedy nikt nie chce z nimi mieć wspólnych wątków, rozżaleni, wybielając siebie i wypierając popełnione błędy, winą obarczają organizację, wypisując totalne bzdury na portalach, profilach i forach.
